Monday, December 14, 2009

Na Florydzie zawsze świeci słońce

Ten rok okazał się dla mnie rokiem podróży, zwiedziłam prawie całe wschodnie wybrzeże USA, Chicago, Maine, a pod sam koniec roku czas na Washington D.C. polityczne serce Ameryki.


Ostatni tydzień spędziłam na Florydzie, która przed moim przyjazdem kojarzyła mi się głównie z hałaśliwą Myszką Mickey w Orlando, emerytami w spodenkach w Palmy i pomarańczami.



Moje zdanie miało jednak szybko ulec zmianie. Na całe szczęście ominęliśmy Orlando szerokim kołem, a przez smutne emerytalne wioski przejechaliśmy dość szybko (Aby unikną nieporozumień, nie mam nic przeciwko takowym wioskom. Jest jedynie coś smutnego w pewnej selekcji tego typu miejsc, nie wydaje mi się naturalne, aby miasteczko składało się wyłącznie ze starszych ludzi. Z mieszanki wiekowej płynie pewnego rodzaju energia, radość, której w tych miejscach wyraźnie brakuje.)





Pierwszy przystanek na dość długiej trasie z Nowego Jorku na Florydę, Palm Beach. Zaczęło się od golfowego resortu, który wydał mi się nierealnie pięknie, ale w to można było jeszcze łatwo uwierzyć. Było to miejsce, w którym profesjonalni golfiści uwielbiają słońce i rozległość golfowych pól i tylko chwilami sprawdzają, oby aligatory nie zbliżyły się na niebezpieczną odległość. Niesamowite wydaje się jak bardzo wszystko zostało stworzone na podobieństwo ziemskiego raju, niekończące się promenady palm, nieskazitelny błękit basenu, balkony z widokiem na wschód słońca, śniadanie przygotowywane z widokiem na palmy, wysokie kolorowe choinki, które w tym klimacie wyglądają bardzo nienaturalnie. Jeszcze bardziej zabawne wydaje się słuchanie świątecznych kolęd przy basenie w temperaturze 280 C.



Wieczorem, krótka wycieczka do centrum Palm Beach. To miasto zrobiło na mnie wrażenie żywcem wyjętego z najbardziej prestiżowego magazynu designerskiego Wallpaper. Nieskazitelnie czyste ulice, przepiękne domy, wszystko w bardzo śródziemnomorskim stylu, dużo bieli, dużo pomarańczowych dachówek. Ulice wypełnione sklepami z ekskluzywnymi markami, brylantami, zegarkami za wielocyfrowe sumy. (Nazwa najbardziej powalającej ulicy handlowej mówi sama za siebie „Wealth Abenue”- Aleja Dobrobytu.) Wszędzie najdroższe samochody świata, szoferzy i prywatne kluby, ale prawie żadnego człowieka. Może dlatego, że nasz przyjazd przypadł na grudzień. Cieszę się, jednak iż właśnie przeczytałam, że Palm Beach to również najbardziej hojny obszar, jeżeli chodzi o działalność charytatywną, przynajmniej mieszkańcy mogą pochwalić się tym, iż nie tylko mają wielkie domy, ale również wielkie serca.



Znalazłam również polski element w Palm Beach, we włoskiej restauracji Amici obsługiwał nas Polak kelner z Łodzi, bardzo miły człowiek, którego serdecznie pozdrawiam.



Po kilku dniach przyszedł czas na Miami Beach, głęboko na południu wschodniego wybrzeża. Miami, to już miejsce widocznych kontrastów, przy wjeździe wita nas szereg namiotów pod palmami, w których mieszkają bezdomni. (Przynajmniej pogoda ułatwia im egzystencję.) Miasto tysiąca hoteli, palm i również luksusu. Zdecydowaliśmy się na Palm Beach ze względu na plażę i moje marzenie dotyczące pokoju z widokiem na ocean. Wbrew pozorom nie jest to najłatwiejsze do spełnienia marzenie, o ile nie jest się milionerem, ale warte wielu późniejszych wyrzeczeń. Po wielu przygodach związanych z niekoniecznie miłymi dla oka miejscami noclegu, wylądowaliśmy w oazie luksusu, w której nie sądzę, że będzie mi dane szybko znaleźć się w najbliższym czasie; Hotel Fountainbleu, miasto samo w sobie, samowystarczalny organizm bardzo uzależniający. Dzięki temu miejscu zrozumiałam „syndrom kasyna”. Miejsce to było zorganizowane w taki sposób, iż prawie wcale nie chciało się wychodzić poza jego terytorium. Kilkanaście zewnętrznych basenów, bary, restauracje, kluby, prywatne plaże, spa, wszystko to, żeby wprowadzić swoich gości w stan pewnego hipnotycznego transu. Każde wyjście poza teren hotelu kojarzyło się z pewnym rozczarowaniem, ponieważ sceneria zawsze była odrobinę mniej selektywna i perfekcyjna niż hotel, a raczej kompleks hotelowy.



Uwielbiam zachody i wschody słońca Florydy, uczucie, że niebo rozciąga się tuż nad naszymi głowami, turkus wody oceanu, tysiące gatunków ptaków, krzewy pomarańczy i ich niepowtarzalny smak, ale dobrze jest wrócić do domu, bo jednak każde marzenie jeżeli w nadmiarze może okazać się rozczarowaniem. Dlatego pomimo chłodu Nowego Jorku, ludzi narzekających na pogodę, czuję ten świąteczny nastrój, doceniam pewną szarość charakterystyczną dla tej metropolii i ze spokojem czekam na kolejną podróż.



Friday, October 30, 2009

Lower Eastside

Idea bycia dzieckiem pomimo bycia doroslym zagoscila we mnie na dobre. "Dzieckiem podszyta" zgodnie z grombrowiczowskim przeslaniem, po maratonie tlumaczen medycznych, udalam sie dzisiaj do mojej emocjonalnej cieplarni, na dolnym Manhattanie.
Byc moze to wplyw ogladanego ponownie filmu "Seks w wielkim miescie" (No coz, kazdy ma film swoj film na "niemyslenie", o czym przekonalam sie pracujac, jako manager najwiekszej wypozyczalni video w Nowym Jorku. Od tej pory smialo uznaje, David Lynch, Ferzan Ozpetek, Lina Wurtmuller tuz obok innych mniej ambitnych rezyserow.) Jest tam scena, w ktoraj Miranda maszeruje ulicami Chinatown ze swoim synkiem i niania, przerazona ta dzielnica, w poszukiwaniu nowego mieszkania, po czym przyznaje: "Gazety coraz glosniej mowia o tym, ze to wlasnie ta dzielnica bedzie hitem na nowojorskim rynku nieruchomosci." To co widza, nie utwierdza ich w tym przekonaniu, wszedzie smieci, Chinskie napisy na sklepach, malo zieleni. Miranda odetechnela z ulga, gdy zobaczyla bialego mezczyzne z dzieckiem na reku:"Pojdzmy za nim, i na pewno znajdziemy rewelacyjne mieszkanie."
2 lata po nakreceniu filmu, jestem w tej samej dzielnicy w kawiarniu Orchard 66,

Sunday, October 25, 2009

Wieczni chłopcy


Tym razem będzie o wiecznych chłopcach, ale z punktu widzenia kultury amerykańskiej . Nie zamierzam koncentrować się na panach, których wizualność predysponuje ich do bycia postrzeganym, jako wieczni młodzieńcy. Wręcz przeciwnie, chodzi o to co, gdzieś tam wewnątrz czyni ich więźniami wizerunku Piotrusia Pana.




Kultura popularna ponosi ogromną odpowiedzialność za niesłychanie romantyczną famę towarzyszącą wiecznym chłopcom. Współczesne kobiety bardzo często postrzegają ich jak obiekty ponętne, tajemnicze i nieokiełznane. Wszyscy kochankowie w historii ludzkości mieli w sobie coś z chłopca (Ciekawe, iż niedawno przeprowadzane badania coraz częściej ukazują, iż historie ich poczynań były w znacznym stopniu fikcyjne. W rzeczywistości często okazywało się, iż byli nieatrakcyjni fizycznie, jednakże nadrabiający swoje niedoskonałości innymi talentami.)
Casanova, włoski synek mamusi, zawsze gotowy do ucieczki; niezliczeni kochankowie rodem z francuskich rodzin arystokratycznych o dworskich manierach i moralności zainspirowanej rynsztokiem, i wreszcie Romeo, któremu nigdy nie dane było zasmakować prawdziwej dorosłości. Lista ta zdaje się nie mieć końca.
W tym tygodniu, po przeczytaniu niezliczonych prasowych peanów i recenzji internetowych, udało mi się obejrzeć ostatnie dzieło Tarantino. Moja kolekcja wiecznych chłopców, w której prym wiedli chłopcy z filmu Bracie, gdzie jesteś?, powiększyła się o znaczące grono "Bękartów wojny". Bękarci z filmu Tarantino uwiedli mnie swoimi akcentami, płynnym przechodzeniem z jednego obcego języka na drugi, a nawet jego kaleczeniem (Włoski akcent bohatera granego przez Brada Pitta będzie rozśmieszał mnie do łez jeszcze na pewno długo. Komediowy talent jednego z najbardziej wielbionych aktorów Ameryki był dla mnie dużym zaskoczeniem.)
Od dawna myślałam, iż powody, dla których mali chłopcy uwielbiają bawić się w wojnę mogłyby być wspaniałą metaforą dla pasji, z jaką prawdziwym wojnom oddają się dorośli mężczyźni. Cieszę się, iż Tarantino zrobił czarną komedię na temat, który w Europie zawsze traktuje się jako świętość. Nie moglibyśmy zrobić tego my Polacy, Niemcy, czy nawet Rosjanie. Zaraz posypałyby się gromy z jasnego nieba, jak to się stało również w przypadku odbioru tego filmu przez konserwatywną część publiczności europejskiej. Tylko Amerykanie mogli tego dokonać. Znajomy wysłał mi dzisiaj cytat Jonathana Lethem, jednego z najbardziej znanych pisarzy z Nowego Jorku, który bardzo obrazowo ukazuje zasadność powyższego stwierdzenia.

"Ameryka przypomina powieść popularno-naukową. Bohaterowie i historia w tle nie są mocno skonstruowane, ale pomysł, dynamiczność i kreatywne idee są jej bardzo mocną stroną."

Bohaterowie filmów o II wojnie światowej w kinie europejskim to silne, głębokie, bardzo męskie postaci, złożone charakterologicznie. Jednakże, okazuje się, że ku zgorszeniu części widowni europejskiej, jedynie amerykański reżyser jest w stanie wykazać, lata świetlne po 1945, kiedy nie powinno być to już traktowane jako bluźnierstwo, iż wojna pozostaje dziecinną zabawą, gdzie wszystko polega na tym, aby jak najmocniej pokazać, kto jest silniejszy, lepszy i kto będzie później rządził na podwórku. Wszystkie wątki w powyżej wspomnianym filmie są dynamiczne, kreatywne i oparte na pewnej koncepcji, a każdy mężczyzna jest w pewien sposób chłopcem.

Przykłady można łatwo wymieniać: Pułkownik Hans Landa, erudyta i zapalony lingwista, wielbiciel mleka i strudla z jabłkami, psychologiczny sadysta, a zarazem chłopiec marzyciel; kapitan Bękartów – Aldo Raine, uwiedziony w dzieciństwie przez romantyczne historie o Indianach, a następnie bezlitośnie zbierający skalpy swoich niemieckich przeciwników w imię niewinnych Żydów, których masowo wymordowali; szkocki porucznik Archie, który odkupuje swoje samouwielbienie niesamowicie uwodzicielskim brytyjskim akcentem oraz wybitną znajomością niemieckiego kina, jak również wyidealizowanym wizerunkiem tajnego agenta, i na koniec sam Hitler, który jak mały chłopiec, przez chwilę naiwnie wierzy, iż mityczna postać Golema mści się nad jego żołnierzami we Francji. Wszystkie postaci wymienione powyżej (oczywiście z wyjątkiem Hitlera) są tak czarujące, iż widz w pewnym momencie zapomina, po której stronie się opowiada, a ekran staje się ogromnym placem zabaw ze zmieniającymi się gangami chłopców. Fakt, iż w filmie pojawiają się jedynie dwie ważne postaci kobiece, Niemka i Francuska, dodaje Bękartom jeszcze większej atrakcyjności. Kobiety te stanowią ważny, ale nadal jedynie element chłopięcego świata.

Podsumowując, wieczny chłopiec na ekranie, w powieści, czy sztuce jest nieodłącznym elementem przyciągającym i bawiącym kobiecą publiczność. Zwłaszcza, gdy pojawia się on obok nudnego, odpowiedzialnego i w pełni akceptującego swoją rolę, tzw. prawdziwego mężczyzny. A jak to odnosi się do życia? Tak naprawdę sama już nie wiem. Poddaję tą kwestię otwartej dyskusji, przygotowując się do obejrzenia kolejnej komedii z moim ulubionym filmowym wiecznym chłopcem Carry Grantem. Nie mogę się doczekać mojego romantycznego spotkania z idolem trwającego nie dłużej niż półtorej godziny. Dłuższa sposobność byłaby zapewne męcząca i mogłaby przerodzić się w coś bardzo przewidywalnego. Niektórzy reżyserowie twierdzą, iż oglądanie filmów przypomina projekcję naszych marzeń, których nigdy być może nie zrealizujemy. Jest jakieś przesłanie w tym stwierdzeniu.

Monday, October 5, 2009

Portland i Maine, cz.1

Portland w deszczu. To już drugi raz to miasto wita mnie deszczem. Wszystkie drogi osób związanych z internetem prowadzą do Java Cafe. Od dawna słyszałam, że Stephen King, król horrorów, mieszka w stanie Maine, w okolicach Portland. Tym razem dane mi go było zobaczyć na żywo, w kawiarni, gdzie bardzo lubię pracować. Sypał cukier do herbaty i nie otaczał go wianuszek nawiedzonych fanów. Tego samego ranka przeczytałam jego felieton dla Entertainment Weekly, odpowiednika naszego Teletygodnia. Wciąż pamiętałam, jak wyglądał na zdjęciu, więc byłam pewna, że to on. Felieton dotyczył uzależnienia od internetu i komputerów, dlatego byłam odrobinę zdziwiona, gdy wyjął notatnik i patrząc na ulicę zalaną deszczem, zaczął coś zaciekle zapisywać. Pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie jego plecom i zmienić swój opis na Facebooku tak, żeby każdy z moich znajomych wiedział, czego doświadczam. Pisarz towarzyszył mi w kawiarni jakieś 1,5h, a potem odebrała go zupełnie normalnie (nie upiornie, zgodnie z oczekiwaniami zbudowanymi na jego powieściach) wyglądająca żona.
Tego samego wieczoru po bardzo obfitej kolacji w toskańskim stylu w restauracji Ribollita, wyruszyliśmy na koncert Joan Baez. T. wyjaśnił jedynie, że to ikona amerykańskiej muzyki folk. Dodał, że audytorium, w którym będzie występować jest przepiękne i najstarsze w Portland, a na koncert przyjdzie zapewne grupa podstarzałych hipisów. Opis ten w pewien sposób nie wzbudzał we mnie kaskady pozytywnych emocji, ale na pewno wzbudził moją ciekawość.
Zakupiliśmy ostatnie dostępne bilety z miejscami na balkonie. Przed budynkiem sali koncertowej zebrał się już spory tłum. Przeważali ludzie po pięćdziesiątce z dziećmi niewiele młodszymi ode mnie. Pomyślałam: "Dobrze Aniu, dowiesz się nareszcie, czym jest prawdziwa Ameryka. " Przecież, jak mawiał John Steinbeck, nie można ocenić Anglii po Londynie, Francji po Paryżu, a już na pewno nie Ameryki po Nowym Jorku. Sala była całkowicie zapełniona. Na scenę wkroczył pięcio-osobowy zespół; szczupła kobieta z krótkimi, siwymi włosami i czterech mężczyzn. Nigdy nie pomyślałabym, że Joan Baez ma 68 lat, wyglądała świetnie. Być może powodem tego jest, iż, jak później się dowiedziałam, codziennie praktykuje medytację w swoim domku na drzewie w Woodside, Kalifornii. Po burzliwych związkach z Bobem Dylanem oraz współtwórcą firmy Apple, mieszka z mamą i rozkoszuje się byciem kobietą samotną.
Reakcja publiczności na jej wejście na scenę była niesamowicie życzliwa.Widziałam wiele koncertów w USA, ale nigdy nie spotkałam się z tak szczerym i życzliwym uwielbieniem dla artysty. Muzycy, którzy jej towarzyszyli, zachowywali się jak wzorowi żołnierze. Wszyscy profesjonaliści, ale znający swoje miejsce w szeregu. To ona była gwiazdą. Przejmujący, głęboki i dźwięczny głos rozbrzmiewał po najdalszych zakątkach tej bynajmniej niemałej sali koncertowej. Joan przemieszczała się pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi od folk po gospel, protest song, blue grass, aż po rock. Poruszyły mnie bardzo trzy piosenki. God is god, przy której aż coś w duszy rwało i kolejny raz uwierzyłam, że warto wierzyć. Accept me as I am, która według mnie powinna być hymnem każdej osoby po przejściach lub wszystkich kobiet i mężczyzn z przeszłością. A na koniec zaskakująca stara irlandzka ballada o dziewczynie, która odeszła od swojego młodego męża cieśli i odpłynęła w dal z przystojnym marynarzem, po to tylko, żeby po 3 tygodniach wspólnej żeglugi zakończyć swój żywot na dnie morza. Było coś bardzo przejmującego w drobnej posturze Joan i tak silnym przepełnionym emocjami głosie. Niesamowicie wzruszające i zabawne były jej opowieści pomiędzy piosenkami, m.i. ta o jej rodzicach. Bardzo przystojny ojciec, profesor matematyki, rozwiódł się z matką, gdy Joan miała kilkanaście lat. Po 30 latach zapragnął, ponownie wziąć ją za żonę, ponieważ uznał, że jest jedyną kobietą jego życia W wieku 92 lat za namową córki rodzice zeszli się, a ona śpiewała na ich ślubie. c.d.n.

Monday, July 20, 2009

CHICAGO

To właściwie pierwsza moja wizyta w amerykańskiej metropolii innej niż Nowy Jork. (Z miliona powodów, co może kiedyś wyjaśnię na łamach tego bloga, nie biorąc pod uwagę Atlanty.) Pod uwagę trzeba wziąć fakt, iż w Nowym Jorku z pewnymi przerwami przebywam już od 7 lat. Zawsze chciałam zobaczyć Chicago z dwóch powodów. Pierwszy stanowił mit miasta gangsterów, podsycany przez takie filmy jak Droga do zapomnienia, czy najnowszy Wrogowie publiczni. Było to dla mnie miasto pierwszych wieżowców i wiecznie niespokojnego wiatru znad jeziora Michigan. Drugi powód, to fakt, iż mieszka tam od ponad dwóch lat moja najbliższa przyjaciółka.

Dojazd do Chicago okazał się być prawdziwym wyzwaniem, 20 godzin w pociągu. Może to zabrzmieć bardzo zaskakująco, ale ten czas potrafi bardzo szybko minąć, osobie, która zawsze obłożona jest, co najmniej pięcioma książkami znajdującymi się w różnej fazie czytania, plus niekończącą się listą płyt do przesłuchania, a do tego jeszcze co najmniej 4 książkami w formie audio, dołączając do tego i tak już pojemnego zestawu, komputer.

Jazda pociągiem już od samego początku stanowi doświadczenie w stylu wielokulturowego wizualnego atlasu podróżniczego. W pociągu turyści, dla których Chicago jest przystankiem w podróży na zachodnie wybrzeże. (Ci to dopiero wybrali się w niekończącą podróż.), Amiszowie z niezliczonymi dziećmi, których stroje przywodzą mi na myśl filmy o pierwszych mieszkańcach amerykańskiej ziemi, a jednocześnie szybkie uświadomienie, jak bardzo Ameryka jest zróżnicowana pod względem postępu, no i oczywiście jak bardzo jest tolerancyjna. Uchwyciłam właśnie spojrzenie jednej z amiszowych dziewczynek w wieku być może 3 lat i jej uśmiech. Jakoś ogarnął mnie żal, że jest w pewien sposób zamknięta w tej kulturze, która nie pozwala na bycie nowoczesnym, ale cóż miejmy nadzieję, że kiedyś będzie mogła dokonać wyboru, jak chce żyć.

Za oknem migały nieskończone połacie zieleni, jezior, aż wreszcie dotarłam do miasta, w którym swój nieprzeciętnie popularny talk-show nagrywa Oprah Winphrey. Powitały mnie oczywiście wieżowce. Zanim zacznę rozpisywać się jednak nad nowoczesnością architektury tego miasta, chciałabym napisać o jednym z najbardziej zaskakujących elementów natury, który dane mi było tam zobaczyć. Którejś nocy wracając znad jeziora, w samym centrum miasta, na rondzie, które w chicagowski sposób było nieskazitelnie czyste, zielone porośnięte krzakami, kwiatami, zauważyłam coś niedużego poruszającego się z zadziwiającą prędkością. Za chwilę w innym miejscu również. Niesamowicie się zdziwiłam, kiedy wreszcie udało mi się dostrzec, że to miniaturowe króliki. W samym centrum skaczące sobie, nie zwracając uwagi na to, iż być może znajdują się w samym środku urbanistycznej cywilizacji. Widziałam je każdej nocy, w różnych miejscach porośniętych trawą i wydawało się, że miejska egzystencja bardzo im służyła.

Zdecydowanie jest to miasto bardzo ciekawe pod względem architektonicznym. Oprócz typowej miejskiej zabudowy w formie wieżowców, w wielu dzielnicach widzi się naprawdę przepiękne domy, położone zarówno w dzielnicy historycznie uznanej za stare miasto, jak i tuż nad brzegiem jeziora. Jezioro Michigan, jakoś nostalgicznie przypominało mi Bałtyk. Widziałam je w różnych porach dnia i nocy z różnych części miasta. Najbardziej jednak podobało mi się w nocy. Zupełnie niezrozumiałe było dla mnie i mojej przyjaciółki, iż na tak pięknej plaży, nad jeziorem nie było absolutnie nikogo w letnią noc. Prawie każdy mój wieczór kończył się właśnie nad jeziorem, na piasku, na molu.

Zupełnie czymś niesamowitym było zwiedzanie Chicago na rowerze. Nie była to bynajmniej jazda spacerowa, typu jeżdżę sobie spokojnymi uliczkami, i oglądam widoczki wioząc przed sobą w koszyku bagietkę i wino. Ponieważ dla mojej przyjaciółki jazda rowerem to główny sposób przemieszczania się w mieście, skazana byłam na jazdę tzw. „bez trzymanki”. Zawsze bałam się jeżdżenia ulicami Warszawy. Teraz myślę, że jeżdżenie ulicami Chicago jest bardzo porównywalnym doświadczeniem. Przejeżdżanie między bardzo blisko siebie parkującymi samochodami, autobusami, ciężarówkami, na światłach zmieniających się w sekundzie dodawało adrenaliny. Z drugiej strony, transport miejski w porównaniu z bardzo skutecznym metrem nowojorskim pozostawia dużo do życzenia, więc rowerem można było dojechać dosłownie wszędzie. Między innymi na bardzo odległą plażę wraz z przystanią dla żaglówek, która roztaczała malowniczy widok na panoramę wieżowców Chicago.

Chicago również ma swój artystyczny „Williamsburg”, który jest znacznie spokojniejszy niż nowojorska wioska hipsterów. Byłyśmy tylko w jednym lokalu, który przypominał typowy modny bar w stylu „dive”, czyli po polsku mówiąc spelunkę. Bardzo nas rozśmieszył styl modny tego lata na Środkowym Zachodzie USA. Ponad 90% ludzi w tym barze miało na sobie spodenki dżinsowe do kolana, odpowiednio postrzępione i koszule flanelowe. Przypomniało nam to wczesne lata 90 w Polsce, gdzie nikt jeszcze o Hipsterach nie słyszał, i bynajmniej nikt tego typu spodni na imprezę by nie założył, być może na rower, no, ale jak to ktoś kiedyś powiedział „Gusta nie podlegają dyskusji”. Smutne jest to, iż dawniej moda stanowiła formę dyskursu z powszechnie otaczającą nudę, a teraz jest raczej rodzajem unifikacji z tłumem. Nigdy nie myślałam też, że zespoły typu La Buche, których nie cierpiałam będąc młodym dziecięciem, będą królować za kilkanaście lat na salonach awangardy amerykańskiej. Coś jest nie tak z tą kulturą niezależną, za bardzo zależna się zrobiła od przeszłości.

Ciekawostką Chicago jest dosyć duża mniejszość meksykańska (polskiej nie było mi dane zaznać), a co się z tym wiąże niesłychana ilość restauracyjek i knajpek meksykańskich. Ku mojemu zdziwieniu bardzo oryginalnych i dobrych. Kanapki w smażonym cieście bananowym jeszcze nie jadłam w żadnej innej meksykańskiej restauracji. Będąc w tematach kulinarnych, jednym z moich ulubionych letnich napojów jest od lat Sangria. Próbowałam wiele różnych odmian, ale chicagowska Sangria na białym winie w lokalu People uznanym prze Zagat Survey jest zdecydowanie jedną z najlepszych. Delikatne białe wino i cała kaskada owoców, może odrobinę za dużo lodu, no ale dobrze nie będę narzekać:)


Daję Chicago również plus za wiele niezależnych sklepów muzycznych i wypożyczalni filmów, które w Nowym Jorku giną z dnia na dzień niczym zmiatane mocą huraganu.

Uwielbiam podróże, a zwłaszcza w tym wielkim mieście jedno miasto może się tak bardzo różnić od drugiego, jak dwa odrębne kraje w Europie. Na mojej liście tego lata Boston i Pitsburg. Czekajcie na relacje.

Tuesday, June 2, 2009

Na obczyźnie

Niesamowite jak zmienia się nasz stosunek do zagranicznego miasta, im dłużej w nim przebywamy. Podczas pierwszej wizyty w nieznanej metropolii, najpierw widzimy ją oczyma turysty. W moim osobistym przypadku był to Nowy Jork. Najpierw chciałam zobaczyć Time Square (który momentalnie zamiast mnie zachwycić, przeraził krzykliwością i tłumem), Empire State Building oraz Statuę Wolności. Przez pierwsze miesiące bycia na wpół-turystą na wpół-mieszkańcem kochamy Manhattan i nie dopuszczamy do siebie myśli, że moglibyśmy gdziekolwiek indziej mieszkać. Po jakimś czasie, im bardziej wsiąkamy w strukturę miasta, tym bardziej chcemy czegoś więcej. Chcemy większej przynależności, klimatu, zieleni, widoku innego niż kawałek ściany za oknem i wtedy powoli zaczynamy kochać inne dzielnice, np. Brooklyn.

Brooklyn bogactwem swego kolorytu narodowościowo-kulturowego bije Manhattan na głowę. Fabryczno-artystyczny charakter Williamsburga i Bushwick, przepiękne rezydencje z czerwonej cegły na rodzinnie nastawionym Park Slope, Prospect Heights z Brooklyn Museum, ogrodem botanicznym i niezrównanym Prospect Park, plaża Brighton Beach z rosyjskimi deserami i zardzewiałym Wesołym Miasteczkiem Coney Island, Fort Greene z francusko-afrykańskim klimatem kafejek, czy w końcu Carroll Gardens, skąd dzisiaj piszę, dawna dzielnica włoskiej Mafii.
Każda z części Brooklynu nabiera od niedawna nowego charakteru, wszystko zaczyna być coraz bardziej atrakcyjne. Spowodowane jest to znaczną migracją mieszkańców Manhattanu, gdzie czynsze sięgają przysłowiowego zenitu. Za taką samą cenę jak na Manhattanie można mieć dwa razy większe lokum w bardzo miłej okolicy.
Dwie główne ulice Carrol Gardens to: Court i Smith Street, które zwinnie jak kameleon przystosowują się do potrzeb swoich nowych mieszkańców. Ogródki piwne, kawiarnie z bezprzewodowym internetem i bardzo wysoką jakością kawy, sklepy z żywnością ekologiczną, restauracje tysiąca i jednej nacji, galerie, butiki, sklepy specjalistyczne, jak między innymi Stinky Brooklyn (dosłownie " Śmierdzący Brooklyn"), w którym oprócz niesamowitej ilości serów, można kupić przeróżne kulinarne dotatki najwyższej jakości (oliwy, pieczywo, konfitury z całej Europy).
Ulice Carroll Gardens bardzo przypminają swoim klimatem Europę. Nie ma tam wieżowców, dominują niskie domki, fabryczne magazyny przerabiane np. na teatry (Issue Project Room) i sale koncertowe, wszędzie bardzo dużo zieleni.
Również w tej dzielnicy, nad kanałem Gowanus co niedziela organizuje się tutaj muzyczny brunch (połączenie śniadania i brunchu serwowane w weekend od 13- 17). Przygrywają światowej klasy DJe. W słońcu, zieleni można porozmawiać i potańczyć ze znajomymi i nieznajomymi. Wszędzie biegają psy, dzieci, unosi się zapach smażonego meksykańskiego jedzenia.
Amerykańskie niedziele na początku mnie szokowały. Moi amerykańscy znajomi nazywają niedzielę dniem prania i brunchu. Bardzo dużo młodych ludzi wybiera się tego dnia do publicznych pralni, które bywają miejscem bardzo rozrywkowym (internet, lody, kawa i telewizja). Brunch to nie tylko posiłek, to właściwie cały rytuał. Ośmieliłabym się powiedzieć jest to pewien odpowiednik naszej niedzielnej mszy. To niemal obowiązek w mieście Nowy Jork wybrać się na brunch. Menu stanowią głównie przeróżne odmiany dań z jajek od omletów po jajka na miękko, toast francuski z owocami, naleśniki, placki plus kawa, i dla odważnych Krwawa Mary lub Mimoza (szampan i sok pomarańczowy). Na wiosnę i w lecie, wielkim powodzeniem cieszą się restauracje, które mają wewnętrzne tarasy lub siedzenia na zewnątrz. Posiłek taki może ciągnąć się godzinami.
Brunche na Brooklynie mają dla mnie szczególny charakter. Nie ma tak długich kolejek w oczekiwaniu na stolik, można zapomnieć o pośpiechu i wiecznym zabieganiu tak charakterystycznym dla Nowego Jorku. Dlatego czasami Brooklyn wydaje się być oddzielony od Manhattanu o całe lata świetlne. Coraz bardziej swoim charakterem przypomina dawne Soho. Mieszkają tam artyści lub posiadają tzw. wolne zawody. Nikt nie zdziwi się, jeżeli, któregoś dnia w kawiarni, gdzie codziennie kupujesz kawę pojawisz się w pidżamie z własnym kubkiem w ręku i zamówisz kawę z mlekiem sojowym.
Jeżeli mieszka się np. na Górnym Manhattanie, to już inna historia. Obowiązują inne konwencje, normy i style.....

Thursday, March 12, 2009

Upper Eastside


Były takie czasy, kiedy poruszałam się tylko po kwadracie dolnego Manhattanu, nie myśląc, a raczej plując przez ramię na ruch i gwar ulicy powyżej 14. Zmieniło się to kiedy zaczęłam pracować w Harlemie, w okolicy ulicy 118, to ci dopiero było wysoko. Ostatnio coraz więcej łączy mnie z Upper Eastside, która zawsze wydawała się mi być najnudniejszą częścią Nowego Jorku, tym samym jest to prawdziwa kolebka bogactwa i fortun nowojorskich. To tu, przy Central Parku swoje domy mają Woody Allen, Madonna, David Bowie. Tu limuzyny podwożą starsze panie do kawiarni. Norki, lisy, Luisy Vittony, małe pieski w sweterkach od Chanel, itp. Wszystko specyficznie konserwatywne, wszystkie budynki z portierami, pięknymi drzwiami, wszystko tak nudno podobne i bogate...
Ciekawe dla mnie jak przekonałam się w końcu do tej dzielnicy, która stanowi, co by tu nie powiedzieć ważny element społecznego krajobrazu mojej metropolii.
Wtorkowego wieczoru mój kolega został zaproszony na wernisaż, który stanowił melanż jakże teraz popularnych nowych technologii oraz sztuki w pojęciu klasycznym, czyli zdjęć i obrazów. Znana skandynawska firma zajmująca się nowoczesną luksusową technologią zorganizowała wernisaż pewnej fundacji sztuki. Na nowoczesnych wyświetlaczach LCD w technologii Media Signage można było oglądać dzieła sztuki, już nie na ścianach, nie w wielkiej galerii, tylko na wyświetlaczach o ogromnej wielkości.
Zabawne jest to, iż ja i mój kolega byliśmy przekonani, iż cała sprawa będzie miała miejsce w jakiejś przepięknej ociekającej złotem galerii, jak to w tej dzielnicy. Ku naszemu zdziwieniu, był to po prostu niedużej wielkości sklep z cudami najnowszej techniki w dziedzinie elektroniki. Sklep nowoczesny, wino w kryształowych kieliszkach. Wzięliśmy do siebie, iż na wernisażu w takiej dzielnicy ludzie muszą zdobywać Mount Everesty elegancji, więc osiągnęliśmy nasze prywatne szczyty w postaci hot-corporate look, który można wyginać w dowolny dla siebie sposób dlatego stanowi on coraz bardziej mój ulubiony styl, aczkolwiek, na pewno nie w sobotni poranek kiedy oglądam psy w parku na bardzo, bardzo oddalonym dolnym Manhattanie.
Wszyscy z upodobaniem spoglądali w ekrany plazm, co wydawało się mega nudne po 10 min, więc klasycznie, czyli "po angielsku" wymknęliśmy się na Madison Avenue, która o tej porze wydawała się bardzo opustoszała i w naszych eleganckich strojach, w moim przypadku próbując nie zabić się na szpilkach, które Bóg zwany projektantem nie stworzył do przemierzania kilometrowych tras. Nagle pomyślałam, że to całe "królestwo dolara" może bardzo ciekawie wyglądać nocą i ruszyliśmy w dół Madison Avenue. Kolorowe i rozświetlone witryny Prada, Chanel, MiuMiu, Bulgari, Donna Karen, sklepy przypominające pałace, kryształowe żyrandole, kaskady schodów, biżuterie...Ulice czyste tak, że można zjeśćby sushi z chodnika, co jak wiemy nie jest częstym zjawiskiem w Nowym Jorku. Było coś niesamowitego w tym spacerze na obcasie, w świetle latarń, w lekkim deszczu, w piciu espresso w lśniącym barze pomiędzy paniami w "biednych miękkich norkach" dziadkami w okulrach Prada.
Bogata Ameryka, Ameryka snów, ale prawie zapadająca w sen, więc nie tak inwazyjna jak za dnia. Drogie sklepy po godzinach, z szyjami manekinów straszącymi "zagrabionymi" do sejfu keljnotami. To też jest Nowy Jork...Nie tylko imprezowy Williamsburg, czy Meatpacking District...Spokojna Ameryka, z pięknie i dostojnie wyglądającymi chartami na skórzanych smyczach...A potem spokojne lądowanie w dawnej dzielnicy punku East Village, w japońskim barze, gdzie azjatyccy kelnerzy jakby żywcem wycięci z lat dwudziestych w nieskazitelnych kamizelkach i pięknych białych koszulach serwuja drinki na bazie szampana lub czegokolwiek chcecie...A my wpatrzeni w okno na trzecim piętrze, i całą spokojną dużo brudniejszą ulicę, po której bezdomny wiezie wózek pełen butelek i puszek...Good Night from City which never sleeps!

Wednesday, February 18, 2009

A w Nowym Jorku pada deszcz




Dzisiaj moja dzielnica East Village:
Zdjęcie 1: Empire State Building gdzieś tam w oddali.
Zdjęcie 2: Były sobie pieski dw: jeden w wózku, drugi na smyczy.
Zdjęcie 3: Jedno z typowych podwórek w East Village.

Sunday, February 15, 2009

Sunday, slowly Sunday

Jak Nowojorczycy kochają psy, to z pewnością widać na tym zdjęciu zrobionym dzisiaj około południa. Psy są wszędzie na ulicach w niedziele, moja głowa obraca się z prędkością statku kosmicznego, żeby tylko zawsze je wszystkie zdążyć zauważyć. Psy zawsze działają na mnie terapeutycznie...

Saturday, February 14, 2009

Walentynki i muzyk w ciężarówce


Po pierwsze serce zazwyczaj blisko portfela, po drugie muzyk grający z ciężarówki do przeprowadzek, w Red Hook, francuskiej części Brooklynu...Tuż obok w małej "szopie" wernisaż artystów z gorącym "jabłecznikiem", i muffinami,,,,to moje Walentynki...

Friday, February 13, 2009

dzień jak niedziela



W pracowaniu na własną rekę fajne jest to, że albo nie ma się absolutnie wolnej sekundy, albo można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia. Dla mnie to jest właśnie piątek. Wstałam o 7 rano, i mój niespokojny-duchowo-artystyczny kolega namówił mnie, żebym już 15 min. później spotkała się z nim na śniadaniu kilka przecznic dalej od mojego domu. Z włosem rozwianym, narzuconym pośpiesznie płaszczem i tzw "look out of bed" (czyli jak to mówią na wybiegu "wygląd po wstaniu z łóżka"), przeskakiwałam ulice East Village słuchając Silent Poets, którzy ostatnio są moją muzyczną obsesją. To zdjęcie obok z kawiarni numer dwa - DOMA, którą odwiedziliśmy tego poranka. To ciekawe, bo książka na stole dotyczy nowojorskiego oddziału policji, który ostatnio inspiruje kolegę mega, a chwilę potem o nietypowej 10 rano obejrzeliśmy przejmujący obraz Gomorra, który niepowtarzalnie zmienił moje spojrzenie na Włochy. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak czarnej wizji tego kraju, gdzie ludzie są skorumpowani, narkotyki rządzą, a biedne osiedla mieszkaniowe zatruwają fizyczny wygląd w nich mieszkających. Film miał bardziej strukturę dokumentu. Na szczęście po wyjściu na zewnątrz świeciło słońce i jabłko zakupione na rynku miało smak owocu zerwanego z drzewa. O 14 poczułam się jakby minął cały dzień, a tu dzisiaj jeszcze urodziny małej Ingrid, 25 lat minęło. Wszystko wskazuję na to, że mieszkanie na Manhattanie, może być tylko przerwą w mojej nigdy nie kończącej się miłości do Brooklynu, bo właśnie znalazłam mieszkanie, które jakoś mnie bardzo urzekło,coś jest w tych ciemnych podłogach i ścianach z czerwonej cegły, a poza tym napiszę kiedyś dlaczego tak bardzo uwielbiam Brooklyn, właściwie sądzę, że moje serce zostało tam po napisaniu pierwszego artykułu o Hipsterach i miesiącu mieszkaniana Union Avenue.
Jutro Walentynki, a tematem przewodnim tego roku są wszelkiego rodzaju imprezy Anty-Walentynkowe...Nie wiem jak to działa na innych, ale ja już nie mogę tego słuchać i czytać, bo nie o to chodzi....I ci wszyscy anty i tak są za, więc po co ta napuszona fasada. Ja tego dnia będę popierać Wernisaż i aukcję sztuki w pięknej części Brooklynu, Red Hook, akcja o nazwie I heart ART. Więcej jutro...

Monday, February 9, 2009

Sztuka na murze - Williamsburg






Dzisiaj sztuka ulicy, rodem z North 6, ulicy na Williamburgu, na której pomieszkuje, przynajmniej raz na dwa miesiące z psem rasy cocker spaniel. Ulica ta dzielnicy artystycznej jest częścią, to na niej słynne kluby muzyczne Public Assembly, Williamsbug Music Hall, i dużo restauracji, w tym nieziemska Sweet Water, ulicę w okazałości widać na zdjęciu trzecim, idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara. W oddali masowo budowane condos za miliony dolarów, które zakryły nam widok rzeki East, za rzeką Manhattan, zanim ten industrialny- tynkowy charakter zniknie, będę jego oficjalnym kronikarzem.
Dzisiaj zresztą wybieram się również na lokalną legendę Revernda Vince, który co każdy poniedziałek "unosi nasze serca". Więcej na moim innym blogu:
http://l-hostels.com/blog1.php.
DO przeczytania później...

Sunday, February 8, 2009

Long Beach - Niedziela


Niedziela na plaży, 1h drogi od Nowego Jorku, można znaleźć się gdzieś zupełnie w innej rzeczywistości....

Thursday, February 5, 2009

o północy


Dzisiaj padam i nie do końca chcę mi się wierzyć, że to co robię ma sens. Tłumaczyłam dzisiaj od 5 rano, jeden z bardzo ciekawych artykułów z Rzeczpospolitej. Robiłam to jednak z takim zapałem, że wyleciała cała energia, a w kolejce czekał kolejny dużo mniej atrakcyjny raport do tłumaczenia. Tak więc ogółem ponad 15 h dzisiaj tłumaczyłam. Narzekałam dziś, przeklinałam, ale też się cieszyłam, ale świat przez chwilę wydał się jakiś ciemniejszy. Zdjęcie obok kolejny raz zrobione moją komórką. Nasza Polka Anja Rubik, która jest twarzą numer jeden polskiej mody. To zdjęcie plakatu w optyku na Broadway i East 8th st. W szybie odbija się budynek, w którym kiedyś była wielka księgarnia Barnes and Nobles, a teraz przez krótką chwilę jest pustka. Jutro na 5 dni przenoszę się na Williamsburg, mieszkać ze spanielem Enyą. Jestem nomadem, wiecznym cyganem, podróżnikiem anty-mieszkaniowym. Może dlatego, że ostatnio do samolotu nie wsiadam muszę się ciągle przemieszczać między dzielnicami. Za oknem mróz i śnieg, którego mam już dosyć. W tym tygodniu za dużo pracy, za mało pisania. Muszę w lofcie trochę popisać, ale kiedy. Jutro premiera nowej sztuki Richarda Formana, opowiem , opowiem, bo jego teatr w budynku dawnego kościoła jest czymś niesamowitym. Dzisiaj obejrzałam "Man on Wire", polecam dokument nominowany do Oscara, dużo Micheala Nymana muzyki, a również ciekawe studium szaleństwa. Drugie ulubione po Harvey Milk w tym roku. Jutro pewnie też wizyta w Harlemie, gdzie ja jutro nie będę. Odkryłam Left Banke, zespół z Nowego Jorku z lat 60-tych, który nagrał tylko jedną płytę za to jaką. Oj, zajrzę jeszcze do swojej japońskiej lektury o tranzwestytach, kobietach i innych maskach kultury Japonii. Jedno z najlepszych możliwych czytadł na teraz. Zmęczona, ale nie senna....Brooklynska Wagabonda....

Monday, February 2, 2009

nie ma jak kawa

Zdjęcie zrobione dzisiaj w kawiarni "Brooklyn Label", blisko mojego domu na Greenpoincie, dawnej dzielnicy polskich emigrantów. Zdecydowanie najlepsza kawa w Nowym Jorku.
Od razu raźniej się robi.

Friday, January 30, 2009

Po polsku od dzisiaj


Dzisiaj jest szczególny dzień w moim nowojorskim życiu. Dzień zmian i rozpoczynania od nowa. Tak do końca nie czuję, że to aż tak mocne, ale ważne dla mnie było, żeby tego dnia zrobić coś dla siebie. Zakończyłam pracę etatową w miejscu, które dużo dla mnie znaczyło. Z wielu powodów tak się stało, ale wierze i wiem, że ma to poważny sens. Planem numer jeden były warsztaty w bardzo znanej firmie public relations, na które się swoimi sposobami graniczącymi z cudem dostałam. Wstałam, dokonałam mega przemiany w profesjonalistkę z Wall Street, co w pewien sposób dało mi satysfakcję, ponieważ na codzień tego nie robię, ale jest we mnie jakaś wielka, na szczęście spontaniczna potrzeba co pewien czas takiej metamorfozy dokonywać. Szłam sobie w tzw. stroju biznesowym Park Avenue. Patrzyłam na te wszystkie budynki firmowe, wszystkich ludzi w garniturach, połykających nader szybko kawę, jakby stanowić miała ona nektar bogów. Może stanowi, czasami myślę pijąc kawę z Jamajki. Nagle zrozumiałam, że nie chcę dołączyć do tych ludzi w garniturach i mam prawo po sześciu miesiącach ciężkiej pracy, zrobić coś bardzo dla siebie.

Zaczęłam iść Park Avenue wzdłuż Parku Centralnego, dookoła konie, dorożki, turyści, luksusowe hotele oraz padający śnieg.

Ostatnio zastanawiałam się, że moja prywatna duchowość jest bardzo teoretyczna, czytam, myślę, ale nie praktykuję, i nawet wmawiam sobie, że nie mam czasu na wdrażanie jej w życie. Zauważyłam po drodze ogromny kościół przypominający europejskie katedry i bez wahania weszłam. Był to kościół metodystów, ale jakie to ma znaczenie, jeżeli człowiek szuka ciszy, rozmowy ze sobą samym i medytacji. Kościół był przepiękny i absolutnie pusty. Z zakrystii dobiegały tylko donośne głosy dzieci i ich brzęczący śmiech. Wreszcie po wielu tygodniach obiecywania sobie takiego momentu, stał się on faktem. Zawsze jest coś magicznego w ogromnych katedrach i w poczuciu bycia małą istotą zamkniętą w ich wnętrzu. Nie ma to nic wspólnego z uczuciem klaustrofobii, wręcz przeciwnie daję mi uczucie ulgi. Wszystko w głowie znajduje swoje miejsce.

Doszłam teraz do jednego z moich ulubionych miejsc w Nowym Jorku. Paradoksalnie też świątyni, ale raczej luksusu. Wieże Time Warner na Columbus Circle. Nareszcie udało mi się zdobyć długo oczekiwane miejsce na 3 piętrze z przepięknym widokiem na Central Park. Przyznaję się, iż lubię to miejsce również odrobinę dla luksusu. Dla małych francuskich kanapek, do których każdy dostaje mini plastikowe pudełko z mikro-korniszonami, dla niesamowitej księgarni Borders i dla piękna tego budynku. Jest to dla mnie również miejsce sentymentalne, ponieważ 4 miesiące temu, pewnego sobotniego wieczoru spotkałam się tu z człowiekiem, który przewrócił mój świat do góry nogami i nadal przewraca. Umówiliśmy się pod „wieżami”, ulicą przelewał się niekończący tłum ludzi. Na 20 min przed spotkaniem postanowiłam zmienić strój, i weszłam do pierwszego lepszego sklepu, gdzie momentalnie zakochałam się w białej koszuli jakby rodem z czasów paryskiej bohemy. Interesująco nie z tej epoki, a jednak bardzo w nowojorskim stylu, mariaż czarnego smokingu z tą koszulą nadał mi bardzo Dandysowego imagu. Usiadłam na dole na tzw. słupku parkingowym wpatrując się w Central Park, paląc papierosa i trzymając to mini pudełko z korniszonem, które miało być początkiem wielkiej niespodzianki. Całe spotkanie było pod znakiem Paryża. Oboje jakoś lubiliśmy od początku marzyć o Paryżu.

Podszedł z tyłu i tylko lekkie muśnięcie mojego ramienia, obudziło mnie z wizji o Montmart. Stał w czarnej marynarce i białej koszuli, lustrzane odbicie mojego stroju. Stał z tymi swoimi smutnymi oczami i smutną mroczną przystojnością, a ja poczułam, że wszystko się zmienia i już nie ma siły tych zmian podtrzymać. Tuż obok Wież Time Warner jest kino, które wygląda jak kina z lat 30 i nazywa się , zupełnie nie ściemniam, Paris. Tam też poszliśmy. W kinie tym nie ma reklam, słucha się muzyki operowej przed filmem. Sala wygląda jak sala teatralna, a pluszowe siedzenia przypominają o luksusie. Najsmutniejszą cechą tego kina sprzed lat jest fakt, iż bardzo rzadko zmienia się tam repertuar.

Siedzę sobie na trzecim piętrze TW, przypomina mi się tamten wieczór i tak bardzo chcę wierzyć, że wszystko ma sens. Ten tydzień kolejny raz upewnił mnie w tym, że może całkiem niedługo, jeżeli naprawdę spróbuję, będę mogła pisać, pisać i pisać.

Spotkanie z koreańskim milionerem, prawnikiem, głębokim katolikiem i wielbicielem talentów o dużej dyscyplinie i głębokim wnętrzu (Miejmy nadzieję, że przynajmniej z wnętrzem jest u mnie całkiem nieźle.), może być wielką przepustką do przyszłości. Na dworze szalał wiatr, a my na 15 piętrze na Piątej Alei prowadziliśmy rozmowy o dzieciństwie i wierze.

W tym tygodniu również na moim ulubionym dekadenckim Lower Eastside zaprzyjaźniłam się z kotem, którego mam przyjemność pilnować do niedzieli. Mam nadzieje, że oboje działaliśmy na siebie bardzo uspokajająco. Ja, wreszcie mogłam usiąść sam na sam otoczona symbolami Dalai Lamy, bo takie to mieszkanie i spokojnie pomyśleć. Strona internetowa nabrała kształtu, myśli zaczęły się układać.

Ostatnio nie było mi łatwo każda zmiana wywołuje szok organizmu, zwłaszcza zmiana tak poważna. Zmieniam mieszkanie, zaczynam pracować dla siebie i daję szansę związkowi, który głęboko wierzę zasługuje na szansę.

Chcę też pisać o tym, dlaczego kocham Nowy Jork i pokazywać go na zdjęciach. Już najwyższa pora i nie chcę żeby ludzie narzekali, że nie piszę, więc będę pisać zbiorowo, ale szczerze i z głębi serca.

Trzymajcie kciuki.

ANIA