Saturday, February 6, 2010

Zachody






Zachody słońca to coś, co generalnie kojarzy nam się z piaszczystymi plażami, latem i wakacjami. Natomiast ja uwielbiam miejskie zachody słońca w zimie. (Powyżej zdjęcie zrobione z 9 piętra budynku dzisiaj, Most Williamsburg) Nie pamiętam jak to było w Polsce, ale w Nowym Jorku, niebo w mroźne popołudnie potrafi wyglądać zjawiskowo. Trochę jakby się buntowało przeciwko wszechobowiązującej szarości dookoła i temu, że zima musi trwać tyle miesięcy.
Zimy generalnie mamy już dość. Nawet Tina Fey, poświęciła cały odcinek kultowego serialu 30 rock na zmaganie się ze splinem spowodowanym brakiem słońca i krótkim dniem. Trudno było zadowolić pracowników jej zespołu nawet najbardziej "słonecznymi propozycjami".
Magazyny "Time Out" i "New York Magazine" poświęcają całe numery rozlicznym sposobom walki z chandrą. Setki propozycji za dobrą cenę; od dziennych SPA, gdzie można wpaść w przerwie na lunch i zaspokoić ból duszy i ciała masażami oraz przeróżnymi innymi zabiegami w niskiej cenie; siłownie, tańce afrykańskie, grupy medytacyjne, tysiące blogów i książek o szczęściu; kulinarnych propozycji, które rozświetlą nasze myśli, w tym festiwal czekolady.
Szczerze, tak do końca nie jestem przekonana, iż coś naprawdę może pomóc w przebyciu zimy, tudzież przezimowaniu. Mam wrażenie, że trzeba przeczekać. Zwłaszcza, gdy wieje i pada śnieg tak jak dziś i nawet wyjście na kawę kojarzy się z podjęciem Syzyfowego wysiłku. Część moich znajomych masowo przesiaduje w barach, część oddaje się intensywnej nauce, a jeszcze inna część znajduje ukojenie w serialach prezentujących pięknych i bogatych na tle słonecznej Kalifornii lub Nowego Jorku, ale zawsze ukazywanych na horyzoncie lata lub jesieni.
Ja znalazłam własne "zimowe" uzależnienie w postaci przystojnego i nadprzeciętnie (jak na standardy amerykańskiej telewizji) inteligentnego oszusta, który zmuszony jest do współpracy z FBI za cenę swoją wolności. (Serial: "White Collar"). Pan jest chodzącym ideałem, cierpiącym z powodu rozłąki ze swoją dziewczyną i rozwiązującym wyszukane zagadki kryminalne w scenerii bogatego Nowego Jorku, nieziemskich mieszkań, mebli, widoków. O tak, zapominam o smutkach zimy, oglądając ten serial, więc może jednak ta zima nie będzie aż taka długa.
Jak na razie musi mi wystarczyć tapeta komputerowa ze zdjęciem zachodu słońca, ale już niedługo "zakwitną magnolie".
Z NYC pozdrawiam.

Monday, December 14, 2009

Na Florydzie zawsze świeci słońce

Ten rok okazał się dla mnie rokiem podróży, zwiedziłam prawie całe wschodnie wybrzeże USA, Chicago, Maine, a pod sam koniec roku czas na Washington D.C. polityczne serce Ameryki.


Ostatni tydzień spędziłam na Florydzie, która przed moim przyjazdem kojarzyła mi się głównie z hałaśliwą Myszką Mickey w Orlando, emerytami w spodenkach w Palmy i pomarańczami.



Moje zdanie miało jednak szybko ulec zmianie. Na całe szczęście ominęliśmy Orlando szerokim kołem, a przez smutne emerytalne wioski przejechaliśmy dość szybko (Aby unikną nieporozumień, nie mam nic przeciwko takowym wioskom. Jest jedynie coś smutnego w pewnej selekcji tego typu miejsc, nie wydaje mi się naturalne, aby miasteczko składało się wyłącznie ze starszych ludzi. Z mieszanki wiekowej płynie pewnego rodzaju energia, radość, której w tych miejscach wyraźnie brakuje.)





Pierwszy przystanek na dość długiej trasie z Nowego Jorku na Florydę, Palm Beach. Zaczęło się od golfowego resortu, który wydał mi się nierealnie pięknie, ale w to można było jeszcze łatwo uwierzyć. Było to miejsce, w którym profesjonalni golfiści uwielbiają słońce i rozległość golfowych pól i tylko chwilami sprawdzają, oby aligatory nie zbliżyły się na niebezpieczną odległość. Niesamowite wydaje się jak bardzo wszystko zostało stworzone na podobieństwo ziemskiego raju, niekończące się promenady palm, nieskazitelny błękit basenu, balkony z widokiem na wschód słońca, śniadanie przygotowywane z widokiem na palmy, wysokie kolorowe choinki, które w tym klimacie wyglądają bardzo nienaturalnie. Jeszcze bardziej zabawne wydaje się słuchanie świątecznych kolęd przy basenie w temperaturze 280 C.



Wieczorem, krótka wycieczka do centrum Palm Beach. To miasto zrobiło na mnie wrażenie żywcem wyjętego z najbardziej prestiżowego magazynu designerskiego Wallpaper. Nieskazitelnie czyste ulice, przepiękne domy, wszystko w bardzo śródziemnomorskim stylu, dużo bieli, dużo pomarańczowych dachówek. Ulice wypełnione sklepami z ekskluzywnymi markami, brylantami, zegarkami za wielocyfrowe sumy. (Nazwa najbardziej powalającej ulicy handlowej mówi sama za siebie „Wealth Abenue”- Aleja Dobrobytu.) Wszędzie najdroższe samochody świata, szoferzy i prywatne kluby, ale prawie żadnego człowieka. Może dlatego, że nasz przyjazd przypadł na grudzień. Cieszę się, jednak iż właśnie przeczytałam, że Palm Beach to również najbardziej hojny obszar, jeżeli chodzi o działalność charytatywną, przynajmniej mieszkańcy mogą pochwalić się tym, iż nie tylko mają wielkie domy, ale również wielkie serca.



Znalazłam również polski element w Palm Beach, we włoskiej restauracji Amici obsługiwał nas Polak kelner z Łodzi, bardzo miły człowiek, którego serdecznie pozdrawiam.



Po kilku dniach przyszedł czas na Miami Beach, głęboko na południu wschodniego wybrzeża. Miami, to już miejsce widocznych kontrastów, przy wjeździe wita nas szereg namiotów pod palmami, w których mieszkają bezdomni. (Przynajmniej pogoda ułatwia im egzystencję.) Miasto tysiąca hoteli, palm i również luksusu. Zdecydowaliśmy się na Palm Beach ze względu na plażę i moje marzenie dotyczące pokoju z widokiem na ocean. Wbrew pozorom nie jest to najłatwiejsze do spełnienia marzenie, o ile nie jest się milionerem, ale warte wielu późniejszych wyrzeczeń. Po wielu przygodach związanych z niekoniecznie miłymi dla oka miejscami noclegu, wylądowaliśmy w oazie luksusu, w której nie sądzę, że będzie mi dane szybko znaleźć się w najbliższym czasie; Hotel Fountainbleu, miasto samo w sobie, samowystarczalny organizm bardzo uzależniający. Dzięki temu miejscu zrozumiałam „syndrom kasyna”. Miejsce to było zorganizowane w taki sposób, iż prawie wcale nie chciało się wychodzić poza jego terytorium. Kilkanaście zewnętrznych basenów, bary, restauracje, kluby, prywatne plaże, spa, wszystko to, żeby wprowadzić swoich gości w stan pewnego hipnotycznego transu. Każde wyjście poza teren hotelu kojarzyło się z pewnym rozczarowaniem, ponieważ sceneria zawsze była odrobinę mniej selektywna i perfekcyjna niż hotel, a raczej kompleks hotelowy.



Uwielbiam zachody i wschody słońca Florydy, uczucie, że niebo rozciąga się tuż nad naszymi głowami, turkus wody oceanu, tysiące gatunków ptaków, krzewy pomarańczy i ich niepowtarzalny smak, ale dobrze jest wrócić do domu, bo jednak każde marzenie jeżeli w nadmiarze może okazać się rozczarowaniem. Dlatego pomimo chłodu Nowego Jorku, ludzi narzekających na pogodę, czuję ten świąteczny nastrój, doceniam pewną szarość charakterystyczną dla tej metropolii i ze spokojem czekam na kolejną podróż.



Friday, October 30, 2009

Lower Eastside

Idea bycia dzieckiem pomimo bycia doroslym zagoscila we mnie na dobre. "Dzieckiem podszyta" zgodnie z grombrowiczowskim przeslaniem, po maratonie tlumaczen medycznych, udalam sie dzisiaj do mojej emocjonalnej cieplarni, na dolnym Manhattanie.
Byc moze to wplyw ogladanego ponownie filmu "Seks w wielkim miescie" (No coz, kazdy ma film swoj film na "niemyslenie", o czym przekonalam sie pracujac, jako manager najwiekszej wypozyczalni video w Nowym Jorku. Od tej pory smialo uznaje, David Lynch, Ferzan Ozpetek, Lina Wurtmuller tuz obok innych mniej ambitnych rezyserow.) Jest tam scena, w ktoraj Miranda maszeruje ulicami Chinatown ze swoim synkiem i niania, przerazona ta dzielnica, w poszukiwaniu nowego mieszkania, po czym przyznaje: "Gazety coraz glosniej mowia o tym, ze to wlasnie ta dzielnica bedzie hitem na nowojorskim rynku nieruchomosci." To co widza, nie utwierdza ich w tym przekonaniu, wszedzie smieci, Chinskie napisy na sklepach, malo zieleni. Miranda odetechnela z ulga, gdy zobaczyla bialego mezczyzne z dzieckiem na reku:"Pojdzmy za nim, i na pewno znajdziemy rewelacyjne mieszkanie."
2 lata po nakreceniu filmu, jestem w tej samej dzielnicy w kawiarniu Orchard 66,

Sunday, October 25, 2009

Wieczni chłopcy


Tym razem będzie o wiecznych chłopcach, ale z punktu widzenia kultury amerykańskiej . Nie zamierzam koncentrować się na panach, których wizualność predysponuje ich do bycia postrzeganym, jako wieczni młodzieńcy. Wręcz przeciwnie, chodzi o to co, gdzieś tam wewnątrz czyni ich więźniami wizerunku Piotrusia Pana.




Kultura popularna ponosi ogromną odpowiedzialność za niesłychanie romantyczną famę towarzyszącą wiecznym chłopcom. Współczesne kobiety bardzo często postrzegają ich jak obiekty ponętne, tajemnicze i nieokiełznane. Wszyscy kochankowie w historii ludzkości mieli w sobie coś z chłopca (Ciekawe, iż niedawno przeprowadzane badania coraz częściej ukazują, iż historie ich poczynań były w znacznym stopniu fikcyjne. W rzeczywistości często okazywało się, iż byli nieatrakcyjni fizycznie, jednakże nadrabiający swoje niedoskonałości innymi talentami.)
Casanova, włoski synek mamusi, zawsze gotowy do ucieczki; niezliczeni kochankowie rodem z francuskich rodzin arystokratycznych o dworskich manierach i moralności zainspirowanej rynsztokiem, i wreszcie Romeo, któremu nigdy nie dane było zasmakować prawdziwej dorosłości. Lista ta zdaje się nie mieć końca.
W tym tygodniu, po przeczytaniu niezliczonych prasowych peanów i recenzji internetowych, udało mi się obejrzeć ostatnie dzieło Tarantino. Moja kolekcja wiecznych chłopców, w której prym wiedli chłopcy z filmu Bracie, gdzie jesteś?, powiększyła się o znaczące grono "Bękartów wojny". Bękarci z filmu Tarantino uwiedli mnie swoimi akcentami, płynnym przechodzeniem z jednego obcego języka na drugi, a nawet jego kaleczeniem (Włoski akcent bohatera granego przez Brada Pitta będzie rozśmieszał mnie do łez jeszcze na pewno długo. Komediowy talent jednego z najbardziej wielbionych aktorów Ameryki był dla mnie dużym zaskoczeniem.)
Od dawna myślałam, iż powody, dla których mali chłopcy uwielbiają bawić się w wojnę mogłyby być wspaniałą metaforą dla pasji, z jaką prawdziwym wojnom oddają się dorośli mężczyźni. Cieszę się, iż Tarantino zrobił czarną komedię na temat, który w Europie zawsze traktuje się jako świętość. Nie moglibyśmy zrobić tego my Polacy, Niemcy, czy nawet Rosjanie. Zaraz posypałyby się gromy z jasnego nieba, jak to się stało również w przypadku odbioru tego filmu przez konserwatywną część publiczności europejskiej. Tylko Amerykanie mogli tego dokonać. Znajomy wysłał mi dzisiaj cytat Jonathana Lethem, jednego z najbardziej znanych pisarzy z Nowego Jorku, który bardzo obrazowo ukazuje zasadność powyższego stwierdzenia.

"Ameryka przypomina powieść popularno-naukową. Bohaterowie i historia w tle nie są mocno skonstruowane, ale pomysł, dynamiczność i kreatywne idee są jej bardzo mocną stroną."

Bohaterowie filmów o II wojnie światowej w kinie europejskim to silne, głębokie, bardzo męskie postaci, złożone charakterologicznie. Jednakże, okazuje się, że ku zgorszeniu części widowni europejskiej, jedynie amerykański reżyser jest w stanie wykazać, lata świetlne po 1945, kiedy nie powinno być to już traktowane jako bluźnierstwo, iż wojna pozostaje dziecinną zabawą, gdzie wszystko polega na tym, aby jak najmocniej pokazać, kto jest silniejszy, lepszy i kto będzie później rządził na podwórku. Wszystkie wątki w powyżej wspomnianym filmie są dynamiczne, kreatywne i oparte na pewnej koncepcji, a każdy mężczyzna jest w pewien sposób chłopcem.

Przykłady można łatwo wymieniać: Pułkownik Hans Landa, erudyta i zapalony lingwista, wielbiciel mleka i strudla z jabłkami, psychologiczny sadysta, a zarazem chłopiec marzyciel; kapitan Bękartów – Aldo Raine, uwiedziony w dzieciństwie przez romantyczne historie o Indianach, a następnie bezlitośnie zbierający skalpy swoich niemieckich przeciwników w imię niewinnych Żydów, których masowo wymordowali; szkocki porucznik Archie, który odkupuje swoje samouwielbienie niesamowicie uwodzicielskim brytyjskim akcentem oraz wybitną znajomością niemieckiego kina, jak również wyidealizowanym wizerunkiem tajnego agenta, i na koniec sam Hitler, który jak mały chłopiec, przez chwilę naiwnie wierzy, iż mityczna postać Golema mści się nad jego żołnierzami we Francji. Wszystkie postaci wymienione powyżej (oczywiście z wyjątkiem Hitlera) są tak czarujące, iż widz w pewnym momencie zapomina, po której stronie się opowiada, a ekran staje się ogromnym placem zabaw ze zmieniającymi się gangami chłopców. Fakt, iż w filmie pojawiają się jedynie dwie ważne postaci kobiece, Niemka i Francuska, dodaje Bękartom jeszcze większej atrakcyjności. Kobiety te stanowią ważny, ale nadal jedynie element chłopięcego świata.

Podsumowując, wieczny chłopiec na ekranie, w powieści, czy sztuce jest nieodłącznym elementem przyciągającym i bawiącym kobiecą publiczność. Zwłaszcza, gdy pojawia się on obok nudnego, odpowiedzialnego i w pełni akceptującego swoją rolę, tzw. prawdziwego mężczyzny. A jak to odnosi się do życia? Tak naprawdę sama już nie wiem. Poddaję tą kwestię otwartej dyskusji, przygotowując się do obejrzenia kolejnej komedii z moim ulubionym filmowym wiecznym chłopcem Carry Grantem. Nie mogę się doczekać mojego romantycznego spotkania z idolem trwającego nie dłużej niż półtorej godziny. Dłuższa sposobność byłaby zapewne męcząca i mogłaby przerodzić się w coś bardzo przewidywalnego. Niektórzy reżyserowie twierdzą, iż oglądanie filmów przypomina projekcję naszych marzeń, których nigdy być może nie zrealizujemy. Jest jakieś przesłanie w tym stwierdzeniu.

Monday, October 5, 2009

Portland i Maine, cz.1

Portland w deszczu. To już drugi raz to miasto wita mnie deszczem. Wszystkie drogi osób związanych z internetem prowadzą do Java Cafe. Od dawna słyszałam, że Stephen King, król horrorów, mieszka w stanie Maine, w okolicach Portland. Tym razem dane mi go było zobaczyć na żywo, w kawiarni, gdzie bardzo lubię pracować. Sypał cukier do herbaty i nie otaczał go wianuszek nawiedzonych fanów. Tego samego ranka przeczytałam jego felieton dla Entertainment Weekly, odpowiednika naszego Teletygodnia. Wciąż pamiętałam, jak wyglądał na zdjęciu, więc byłam pewna, że to on. Felieton dotyczył uzależnienia od internetu i komputerów, dlatego byłam odrobinę zdziwiona, gdy wyjął notatnik i patrząc na ulicę zalaną deszczem, zaczął coś zaciekle zapisywać. Pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie jego plecom i zmienić swój opis na Facebooku tak, żeby każdy z moich znajomych wiedział, czego doświadczam. Pisarz towarzyszył mi w kawiarni jakieś 1,5h, a potem odebrała go zupełnie normalnie (nie upiornie, zgodnie z oczekiwaniami zbudowanymi na jego powieściach) wyglądająca żona.
Tego samego wieczoru po bardzo obfitej kolacji w toskańskim stylu w restauracji Ribollita, wyruszyliśmy na koncert Joan Baez. T. wyjaśnił jedynie, że to ikona amerykańskiej muzyki folk. Dodał, że audytorium, w którym będzie występować jest przepiękne i najstarsze w Portland, a na koncert przyjdzie zapewne grupa podstarzałych hipisów. Opis ten w pewien sposób nie wzbudzał we mnie kaskady pozytywnych emocji, ale na pewno wzbudził moją ciekawość.
Zakupiliśmy ostatnie dostępne bilety z miejscami na balkonie. Przed budynkiem sali koncertowej zebrał się już spory tłum. Przeważali ludzie po pięćdziesiątce z dziećmi niewiele młodszymi ode mnie. Pomyślałam: "Dobrze Aniu, dowiesz się nareszcie, czym jest prawdziwa Ameryka. " Przecież, jak mawiał John Steinbeck, nie można ocenić Anglii po Londynie, Francji po Paryżu, a już na pewno nie Ameryki po Nowym Jorku. Sala była całkowicie zapełniona. Na scenę wkroczył pięcio-osobowy zespół; szczupła kobieta z krótkimi, siwymi włosami i czterech mężczyzn. Nigdy nie pomyślałabym, że Joan Baez ma 68 lat, wyglądała świetnie. Być może powodem tego jest, iż, jak później się dowiedziałam, codziennie praktykuje medytację w swoim domku na drzewie w Woodside, Kalifornii. Po burzliwych związkach z Bobem Dylanem oraz współtwórcą firmy Apple, mieszka z mamą i rozkoszuje się byciem kobietą samotną.
Reakcja publiczności na jej wejście na scenę była niesamowicie życzliwa.Widziałam wiele koncertów w USA, ale nigdy nie spotkałam się z tak szczerym i życzliwym uwielbieniem dla artysty. Muzycy, którzy jej towarzyszyli, zachowywali się jak wzorowi żołnierze. Wszyscy profesjonaliści, ale znający swoje miejsce w szeregu. To ona była gwiazdą. Przejmujący, głęboki i dźwięczny głos rozbrzmiewał po najdalszych zakątkach tej bynajmniej niemałej sali koncertowej. Joan przemieszczała się pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi od folk po gospel, protest song, blue grass, aż po rock. Poruszyły mnie bardzo trzy piosenki. God is god, przy której aż coś w duszy rwało i kolejny raz uwierzyłam, że warto wierzyć. Accept me as I am, która według mnie powinna być hymnem każdej osoby po przejściach lub wszystkich kobiet i mężczyzn z przeszłością. A na koniec zaskakująca stara irlandzka ballada o dziewczynie, która odeszła od swojego młodego męża cieśli i odpłynęła w dal z przystojnym marynarzem, po to tylko, żeby po 3 tygodniach wspólnej żeglugi zakończyć swój żywot na dnie morza. Było coś bardzo przejmującego w drobnej posturze Joan i tak silnym przepełnionym emocjami głosie. Niesamowicie wzruszające i zabawne były jej opowieści pomiędzy piosenkami, m.i. ta o jej rodzicach. Bardzo przystojny ojciec, profesor matematyki, rozwiódł się z matką, gdy Joan miała kilkanaście lat. Po 30 latach zapragnął, ponownie wziąć ją za żonę, ponieważ uznał, że jest jedyną kobietą jego życia W wieku 92 lat za namową córki rodzice zeszli się, a ona śpiewała na ich ślubie. c.d.n.