Ostatni tydzień spędziłam na Florydzie, która przed moim przyjazdem kojarzyła mi się głównie z hałaśliwą Myszką Mickey w Orlando, emerytami w spodenkach w Palmy i pomarańczami.
Moje zdanie miało jednak szybko ulec zmianie. Na całe szczęście ominęliśmy Orlando szerokim kołem, a przez smutne emerytalne wioski przejechaliśmy dość szybko (Aby unikną nieporozumień, nie mam nic przeciwko takowym wioskom. Jest jedynie coś smutnego w pewnej selekcji tego typu miejsc, nie wydaje mi się naturalne, aby miasteczko składało się wyłącznie ze starszych ludzi. Z mieszanki wiekowej płynie pewnego rodzaju energia, radość, której w tych miejscach wyraźnie brakuje.)
Pierwszy przystanek na dość długiej trasie z Nowego Jorku na Florydę, Palm Beach. Zaczęło się od golfowego resortu, który wydał mi się nierealnie pięknie, ale w to można było jeszcze łatwo uwierzyć. Było to miejsce, w którym profesjonalni golfiści uwielbiają słońce i rozległość golfowych pól i tylko chwilami sprawdzają, oby aligatory nie zbliżyły się na niebezpieczną odległość. Niesamowite wydaje się jak bardzo wszystko zostało stworzone na podobieństwo ziemskiego raju, niekończące się promenady palm, nieskazitelny błękit basenu, balkony z widokiem na wschód słońca, śniadanie przygotowywane z widokiem na palmy, wysokie kolorowe choinki, które w tym klimacie wyglądają bardzo nienaturalnie. Jeszcze bardziej zabawne wydaje się słuchanie świątecznych kolęd przy basenie w temperaturze 280 C.
Wieczorem, krótka wycieczka do centrum Palm Beach. To miasto zrobiło na mnie wrażenie żywcem wyjętego z najbardziej prestiżowego magazynu designerskiego Wallpaper. Nieskazitelnie czyste ulice, przepiękne domy, wszystko w bardzo śródziemnomorskim stylu, dużo bieli, dużo pomarańczowych dachówek. Ulice wypełnione sklepami z ekskluzywnymi markami, brylantami, zegarkami za wielocyfrowe sumy. (Nazwa najbardziej powalającej ulicy handlowej mówi sama za siebie „Wealth Abenue”- Aleja Dobrobytu.) Wszędzie najdroższe samochody świata, szoferzy i prywatne kluby, ale prawie żadnego człowieka. Może dlatego, że nasz przyjazd przypadł na grudzień. Cieszę się, jednak iż właśnie przeczytałam, że Palm Beach to również najbardziej hojny obszar, jeżeli chodzi o działalność charytatywną, przynajmniej mieszkańcy mogą pochwalić się tym, iż nie tylko mają wielkie domy, ale również wielkie serca.
Znalazłam również polski element w Palm Beach, we włoskiej restauracji Amici obsługiwał nas Polak kelner z Łodzi, bardzo miły człowiek, którego serdecznie pozdrawiam.
Po kilku dniach przyszedł czas na Miami Beach, głęboko na południu wschodniego wybrzeża. Miami, to już miejsce widocznych kontrastów, przy wjeździe wita nas szereg namiotów pod palmami, w których mieszkają bezdomni. (Przynajmniej pogoda ułatwia im egzystencję.) Miasto tysiąca hoteli, palm i również luksusu. Zdecydowaliśmy się na Palm Beach ze względu na plażę i moje marzenie dotyczące pokoju z widokiem na ocean. Wbrew pozorom nie jest to najłatwiejsze do spełnienia marzenie, o ile nie jest się milionerem, ale warte wielu późniejszych wyrzeczeń. Po wielu przygodach związanych z niekoniecznie miłymi dla oka miejscami noclegu, wylądowaliśmy w oazie luksusu, w której nie sądzę, że będzie mi dane szybko znaleźć się w najbliższym czasie; Hotel Fountainbleu, miasto samo w sobie, samowystarczalny organizm bardzo uzależniający. Dzięki temu miejscu zrozumiałam „syndrom kasyna”. Miejsce to było zorganizowane w taki sposób, iż prawie wcale nie chciało się wychodzić poza jego terytorium. Kilkanaście zewnętrznych basenów, bary, restauracje, kluby, prywatne plaże, spa, wszystko to, żeby wprowadzić swoich gości w stan pewnego hipnotycznego transu. Każde wyjście poza teren hotelu kojarzyło się z pewnym rozczarowaniem, ponieważ sceneria zawsze była odrobinę mniej selektywna i perfekcyjna niż hotel, a raczej kompleks hotelowy.
Uwielbiam zachody i wschody słońca Florydy, uczucie, że niebo rozciąga się tuż nad naszymi głowami, turkus wody oceanu, tysiące gatunków ptaków, krzewy pomarańczy i ich niepowtarzalny smak, ale dobrze jest wrócić do domu, bo jednak każde marzenie jeżeli w nadmiarze może okazać się rozczarowaniem. Dlatego pomimo chłodu Nowego Jorku, ludzi narzekających na pogodę, czuję ten świąteczny nastrój, doceniam pewną szarość charakterystyczną dla tej metropolii i ze spokojem czekam na kolejną podróż.
No comments:
Post a Comment