Tuesday, June 2, 2009

Na obczyźnie

Niesamowite jak zmienia się nasz stosunek do zagranicznego miasta, im dłużej w nim przebywamy. Podczas pierwszej wizyty w nieznanej metropolii, najpierw widzimy ją oczyma turysty. W moim osobistym przypadku był to Nowy Jork. Najpierw chciałam zobaczyć Time Square (który momentalnie zamiast mnie zachwycić, przeraził krzykliwością i tłumem), Empire State Building oraz Statuę Wolności. Przez pierwsze miesiące bycia na wpół-turystą na wpół-mieszkańcem kochamy Manhattan i nie dopuszczamy do siebie myśli, że moglibyśmy gdziekolwiek indziej mieszkać. Po jakimś czasie, im bardziej wsiąkamy w strukturę miasta, tym bardziej chcemy czegoś więcej. Chcemy większej przynależności, klimatu, zieleni, widoku innego niż kawałek ściany za oknem i wtedy powoli zaczynamy kochać inne dzielnice, np. Brooklyn.

Brooklyn bogactwem swego kolorytu narodowościowo-kulturowego bije Manhattan na głowę. Fabryczno-artystyczny charakter Williamsburga i Bushwick, przepiękne rezydencje z czerwonej cegły na rodzinnie nastawionym Park Slope, Prospect Heights z Brooklyn Museum, ogrodem botanicznym i niezrównanym Prospect Park, plaża Brighton Beach z rosyjskimi deserami i zardzewiałym Wesołym Miasteczkiem Coney Island, Fort Greene z francusko-afrykańskim klimatem kafejek, czy w końcu Carroll Gardens, skąd dzisiaj piszę, dawna dzielnica włoskiej Mafii.
Każda z części Brooklynu nabiera od niedawna nowego charakteru, wszystko zaczyna być coraz bardziej atrakcyjne. Spowodowane jest to znaczną migracją mieszkańców Manhattanu, gdzie czynsze sięgają przysłowiowego zenitu. Za taką samą cenę jak na Manhattanie można mieć dwa razy większe lokum w bardzo miłej okolicy.
Dwie główne ulice Carrol Gardens to: Court i Smith Street, które zwinnie jak kameleon przystosowują się do potrzeb swoich nowych mieszkańców. Ogródki piwne, kawiarnie z bezprzewodowym internetem i bardzo wysoką jakością kawy, sklepy z żywnością ekologiczną, restauracje tysiąca i jednej nacji, galerie, butiki, sklepy specjalistyczne, jak między innymi Stinky Brooklyn (dosłownie " Śmierdzący Brooklyn"), w którym oprócz niesamowitej ilości serów, można kupić przeróżne kulinarne dotatki najwyższej jakości (oliwy, pieczywo, konfitury z całej Europy).
Ulice Carroll Gardens bardzo przypminają swoim klimatem Europę. Nie ma tam wieżowców, dominują niskie domki, fabryczne magazyny przerabiane np. na teatry (Issue Project Room) i sale koncertowe, wszędzie bardzo dużo zieleni.
Również w tej dzielnicy, nad kanałem Gowanus co niedziela organizuje się tutaj muzyczny brunch (połączenie śniadania i brunchu serwowane w weekend od 13- 17). Przygrywają światowej klasy DJe. W słońcu, zieleni można porozmawiać i potańczyć ze znajomymi i nieznajomymi. Wszędzie biegają psy, dzieci, unosi się zapach smażonego meksykańskiego jedzenia.
Amerykańskie niedziele na początku mnie szokowały. Moi amerykańscy znajomi nazywają niedzielę dniem prania i brunchu. Bardzo dużo młodych ludzi wybiera się tego dnia do publicznych pralni, które bywają miejscem bardzo rozrywkowym (internet, lody, kawa i telewizja). Brunch to nie tylko posiłek, to właściwie cały rytuał. Ośmieliłabym się powiedzieć jest to pewien odpowiednik naszej niedzielnej mszy. To niemal obowiązek w mieście Nowy Jork wybrać się na brunch. Menu stanowią głównie przeróżne odmiany dań z jajek od omletów po jajka na miękko, toast francuski z owocami, naleśniki, placki plus kawa, i dla odważnych Krwawa Mary lub Mimoza (szampan i sok pomarańczowy). Na wiosnę i w lecie, wielkim powodzeniem cieszą się restauracje, które mają wewnętrzne tarasy lub siedzenia na zewnątrz. Posiłek taki może ciągnąć się godzinami.
Brunche na Brooklynie mają dla mnie szczególny charakter. Nie ma tak długich kolejek w oczekiwaniu na stolik, można zapomnieć o pośpiechu i wiecznym zabieganiu tak charakterystycznym dla Nowego Jorku. Dlatego czasami Brooklyn wydaje się być oddzielony od Manhattanu o całe lata świetlne. Coraz bardziej swoim charakterem przypomina dawne Soho. Mieszkają tam artyści lub posiadają tzw. wolne zawody. Nikt nie zdziwi się, jeżeli, któregoś dnia w kawiarni, gdzie codziennie kupujesz kawę pojawisz się w pidżamie z własnym kubkiem w ręku i zamówisz kawę z mlekiem sojowym.
Jeżeli mieszka się np. na Górnym Manhattanie, to już inna historia. Obowiązują inne konwencje, normy i style.....