To właściwie pierwsza moja wizyta w amerykańskiej metropolii innej niż Nowy Jork. (Z miliona powodów, co może kiedyś wyjaśnię na łamach tego bloga, nie biorąc pod uwagę Atlanty.) Pod uwagę trzeba wziąć fakt, iż w Nowym Jorku z pewnymi przerwami przebywam już od 7 lat. Zawsze chciałam zobaczyć Chicago z dwóch powodów. Pierwszy stanowił mit miasta gangsterów, podsycany przez takie filmy jak Droga do zapomnienia, czy najnowszy Wrogowie publiczni. Było to dla mnie miasto pierwszych wieżowców i wiecznie niespokojnego wiatru znad jeziora Michigan. Drugi powód, to fakt, iż mieszka tam od ponad dwóch lat moja najbliższa przyjaciółka.
Dojazd do Chicago okazał się być prawdziwym wyzwaniem, 20 godzin w pociągu. Może to zabrzmieć bardzo zaskakująco, ale ten czas potrafi bardzo szybko minąć, osobie, która zawsze obłożona jest, co najmniej pięcioma książkami znajdującymi się w różnej fazie czytania, plus niekończącą się listą płyt do przesłuchania, a do tego jeszcze co najmniej 4 książkami w formie audio, dołączając do tego i tak już pojemnego zestawu, komputer.
Jazda pociągiem już od samego początku stanowi doświadczenie w stylu wielokulturowego wizualnego atlasu podróżniczego. W pociągu turyści, dla których Chicago jest przystankiem w podróży na zachodnie wybrzeże. (Ci to dopiero wybrali się w niekończącą podróż.), Amiszowie z niezliczonymi dziećmi, których stroje przywodzą mi na myśl filmy o pierwszych mieszkańcach amerykańskiej ziemi, a jednocześnie szybkie uświadomienie, jak bardzo Ameryka jest zróżnicowana pod względem postępu, no i oczywiście jak bardzo jest tolerancyjna. Uchwyciłam właśnie spojrzenie jednej z amiszowych dziewczynek w wieku być może 3 lat i jej uśmiech. Jakoś ogarnął mnie żal, że jest w pewien sposób zamknięta w tej kulturze, która nie pozwala na bycie nowoczesnym, ale cóż miejmy nadzieję, że kiedyś będzie mogła dokonać wyboru, jak chce żyć.
Za oknem migały nieskończone połacie zieleni, jezior, aż wreszcie dotarłam do miasta, w którym swój nieprzeciętnie popularny talk-show nagrywa Oprah Winphrey. Powitały mnie oczywiście wieżowce. Zanim zacznę rozpisywać się jednak nad nowoczesnością architektury tego miasta, chciałabym napisać o jednym z najbardziej zaskakujących elementów natury, który dane mi było tam zobaczyć. Którejś nocy wracając znad jeziora, w samym centrum miasta, na rondzie, które w chicagowski sposób było nieskazitelnie czyste, zielone porośnięte krzakami, kwiatami, zauważyłam coś niedużego poruszającego się z zadziwiającą prędkością. Za chwilę w innym miejscu również. Niesamowicie się zdziwiłam, kiedy wreszcie udało mi się dostrzec, że to miniaturowe króliki. W samym centrum skaczące sobie, nie zwracając uwagi na to, iż być może znajdują się w samym środku urbanistycznej cywilizacji. Widziałam je każdej nocy, w różnych miejscach porośniętych trawą i wydawało się, że miejska egzystencja bardzo im służyła.
Zdecydowanie jest to miasto bardzo ciekawe pod względem architektonicznym. Oprócz typowej miejskiej zabudowy w formie wieżowców, w wielu dzielnicach widzi się naprawdę przepiękne domy, położone zarówno w dzielnicy historycznie uznanej za stare miasto, jak i tuż nad brzegiem jeziora. Jezioro Michigan, jakoś nostalgicznie przypominało mi Bałtyk. Widziałam je w różnych porach dnia i nocy z różnych części miasta. Najbardziej jednak podobało mi się w nocy. Zupełnie niezrozumiałe było dla mnie i mojej przyjaciółki, iż na tak pięknej plaży, nad jeziorem nie było absolutnie nikogo w letnią noc. Prawie każdy mój wieczór kończył się właśnie nad jeziorem, na piasku, na molu.
Zupełnie czymś niesamowitym było zwiedzanie Chicago na rowerze. Nie była to bynajmniej jazda spacerowa, typu jeżdżę sobie spokojnymi uliczkami, i oglądam widoczki wioząc przed sobą w koszyku bagietkę i wino. Ponieważ dla mojej przyjaciółki jazda rowerem to główny sposób przemieszczania się w mieście, skazana byłam na jazdę tzw. „bez trzymanki”. Zawsze bałam się jeżdżenia ulicami Warszawy. Teraz myślę, że jeżdżenie ulicami Chicago jest bardzo porównywalnym doświadczeniem. Przejeżdżanie między bardzo blisko siebie parkującymi samochodami, autobusami, ciężarówkami, na światłach zmieniających się w sekundzie dodawało adrenaliny. Z drugiej strony, transport miejski w porównaniu z bardzo skutecznym metrem nowojorskim pozostawia dużo do życzenia, więc rowerem można było dojechać dosłownie wszędzie. Między innymi na bardzo odległą plażę wraz z przystanią dla żaglówek, która roztaczała malowniczy widok na panoramę wieżowców Chicago.
Chicago również ma swój artystyczny „Williamsburg”, który jest znacznie spokojniejszy niż nowojorska wioska hipsterów. Byłyśmy tylko w jednym lokalu, który przypominał typowy modny bar w stylu „dive”, czyli po polsku mówiąc spelunkę. Bardzo nas rozśmieszył styl modny tego lata na Środkowym Zachodzie USA. Ponad 90% ludzi w tym barze miało na sobie spodenki dżinsowe do kolana, odpowiednio postrzępione i koszule flanelowe. Przypomniało nam to wczesne lata 90 w Polsce, gdzie nikt jeszcze o Hipsterach nie słyszał, i bynajmniej nikt tego typu spodni na imprezę by nie założył, być może na rower, no, ale jak to ktoś kiedyś powiedział „Gusta nie podlegają dyskusji”. Smutne jest to, iż dawniej moda stanowiła formę dyskursu z powszechnie otaczającą nudę, a teraz jest raczej rodzajem unifikacji z tłumem. Nigdy nie myślałam też, że zespoły typu La Buche, których nie cierpiałam będąc młodym dziecięciem, będą królować za kilkanaście lat na salonach awangardy amerykańskiej. Coś jest nie tak z tą kulturą niezależną, za bardzo zależna się zrobiła od przeszłości.
Ciekawostką Chicago jest dosyć duża mniejszość meksykańska (polskiej nie było mi dane zaznać), a co się z tym wiąże niesłychana ilość restauracyjek i knajpek meksykańskich. Ku mojemu zdziwieniu bardzo oryginalnych i dobrych. Kanapki w smażonym cieście bananowym jeszcze nie jadłam w żadnej innej meksykańskiej restauracji. Będąc w tematach kulinarnych, jednym z moich ulubionych letnich napojów jest od lat Sangria. Próbowałam wiele różnych odmian, ale chicagowska Sangria na białym winie w lokalu People uznanym prze Zagat Survey jest zdecydowanie jedną z najlepszych. Delikatne białe wino i cała kaskada owoców, może odrobinę za dużo lodu, no ale dobrze nie będę narzekać:)
Daję Chicago również plus za wiele niezależnych sklepów muzycznych i wypożyczalni filmów, które w Nowym Jorku giną z dnia na dzień niczym zmiatane mocą huraganu.
Uwielbiam podróże, a zwłaszcza w tym wielkim mieście jedno miasto może się tak bardzo różnić od drugiego, jak dwa odrębne kraje w Europie. Na mojej liście tego lata Boston i Pitsburg. Czekajcie na relacje.