Portland w deszczu. To już drugi raz to miasto wita mnie deszczem. Wszystkie drogi osób związanych z internetem prowadzą do Java Cafe. Od dawna słyszałam, że Stephen King, król horrorów, mieszka w stanie Maine, w okolicach Portland. Tym razem dane mi go było zobaczyć na żywo, w kawiarni, gdzie bardzo lubię pracować. Sypał cukier do herbaty i nie otaczał go wianuszek nawiedzonych fanów. Tego samego ranka przeczytałam jego felieton dla Entertainment Weekly, odpowiednika naszego Teletygodnia. Wciąż pamiętałam, jak wyglądał na zdjęciu, więc byłam pewna, że to on. Felieton dotyczył uzależnienia od internetu i komputerów, dlatego byłam odrobinę zdziwiona, gdy wyjął notatnik i patrząc na ulicę zalaną deszczem, zaczął coś zaciekle zapisywać. Pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie jego plecom i zmienić swój opis na Facebooku tak, żeby każdy z moich znajomych wiedział, czego doświadczam. Pisarz towarzyszył mi w kawiarni jakieś 1,5h, a potem odebrała go zupełnie normalnie (nie upiornie, zgodnie z oczekiwaniami zbudowanymi na jego powieściach) wyglądająca żona.Tego samego wieczoru po bardzo obfitej kolacji w toskańskim stylu w restauracji Ribollita, wyruszyliśmy na koncert Joan Baez. T. wyjaśnił jedynie, że to ikona amerykańskiej muzyki folk. Dodał, że audytorium, w którym będzie występować jest przepiękne i najstarsze w Portland, a na koncert przyjdzie zapewne grupa podstarzałych hipisów. Opis ten w pewien sposób nie wzbudzał we mnie kaskady pozytywnych emocji, ale na pewno wzbudził moją ciekawość.
Zakupiliśmy ostatnie dostępne bilety z miejscami na balkonie. Przed budynkiem sali koncertowej zebrał się już spory tłum. Przeważali ludzie po pięćdziesiątce z dziećmi niewiele młodszymi ode mnie. Pomyślałam: "Dobrze Aniu, dowiesz się nareszcie, czym jest prawdziwa Ameryka. " Przecież, jak mawiał John Steinbeck, nie można ocenić Anglii po Londynie, Francji po Paryżu, a już na pewno nie Ameryki po Nowym Jorku. Sala była całkowicie zapełniona. Na scenę wkroczył pięcio-osobowy zespół; szczupła kobieta z krótkimi, siwymi włosami i czterech mężczyzn. Nigdy nie pomyślałabym, że Joan Baez ma 68 lat, wyglądała świetnie. Być może powodem tego jest, iż, jak później się dowiedziałam, codziennie praktykuje medytację w swoim domku na drzewie w Woodside, Kalifornii. Po burzliwych związkach z Bobem Dylanem oraz współtwórcą firmy Apple, mieszka z mamą i rozkoszuje się byciem kobietą samotną.

Reakcja publiczności na jej wejście na scenę była niesamowicie życzliwa.Widziałam wiele koncertów w USA, ale nigdy nie spotkałam się z tak szczerym i życzliwym uwielbieniem dla artysty. Muzycy, którzy jej towarzyszyli, zachowywali się jak wzorowi żołnierze. Wszyscy profesjonaliści, ale znający swoje miejsce w szeregu. To ona była gwiazdą. Przejmujący, głęboki i dźwięczny głos rozbrzmiewał po najdalszych zakątkach tej bynajmniej niemałej sali koncertowej. Joan przemieszczała się pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi od folk po gospel, protest song, blue grass, aż po rock. Poruszyły mnie bardzo trzy piosenki. God is god, przy której aż coś w duszy rwało i kolejny raz uwierzyłam, że warto wierzyć. Accept me as I am, która według mnie powinna być hymnem każdej osoby po przejściach lub wszystkich kobiet i mężczyzn z przeszłością. A na koniec zaskakująca stara irlandzka ballada o dziewczynie, która odeszła od swojego młodego męża cieśli i odpłynęła w dal z przystojnym marynarzem, po to tylko, żeby po 3 tygodniach wspólnej żeglugi zakończyć swój żywot na dnie morza. Było coś bardzo przejmującego w drobnej posturze Joan i tak silnym przepełnionym emocjami głosie. Niesamowicie wzruszające i zabawne były jej opowieści pomiędzy piosenkami, m.i. ta o jej rodzicach. Bardzo przystojny ojciec, profesor matematyki, rozwiódł się z matką, gdy Joan miała kilkanaście lat. Po 30 latach zapragnął, ponownie wziąć ją za żonę, ponieważ uznał, że jest jedyną kobietą jego życia W wieku 92 lat za namową córki rodzice zeszli się, a ona śpiewała na ich ślubie. c.d.n.
No comments:
Post a Comment