Sunday, October 25, 2009

Wieczni chłopcy


Tym razem będzie o wiecznych chłopcach, ale z punktu widzenia kultury amerykańskiej . Nie zamierzam koncentrować się na panach, których wizualność predysponuje ich do bycia postrzeganym, jako wieczni młodzieńcy. Wręcz przeciwnie, chodzi o to co, gdzieś tam wewnątrz czyni ich więźniami wizerunku Piotrusia Pana.




Kultura popularna ponosi ogromną odpowiedzialność za niesłychanie romantyczną famę towarzyszącą wiecznym chłopcom. Współczesne kobiety bardzo często postrzegają ich jak obiekty ponętne, tajemnicze i nieokiełznane. Wszyscy kochankowie w historii ludzkości mieli w sobie coś z chłopca (Ciekawe, iż niedawno przeprowadzane badania coraz częściej ukazują, iż historie ich poczynań były w znacznym stopniu fikcyjne. W rzeczywistości często okazywało się, iż byli nieatrakcyjni fizycznie, jednakże nadrabiający swoje niedoskonałości innymi talentami.)
Casanova, włoski synek mamusi, zawsze gotowy do ucieczki; niezliczeni kochankowie rodem z francuskich rodzin arystokratycznych o dworskich manierach i moralności zainspirowanej rynsztokiem, i wreszcie Romeo, któremu nigdy nie dane było zasmakować prawdziwej dorosłości. Lista ta zdaje się nie mieć końca.
W tym tygodniu, po przeczytaniu niezliczonych prasowych peanów i recenzji internetowych, udało mi się obejrzeć ostatnie dzieło Tarantino. Moja kolekcja wiecznych chłopców, w której prym wiedli chłopcy z filmu Bracie, gdzie jesteś?, powiększyła się o znaczące grono "Bękartów wojny". Bękarci z filmu Tarantino uwiedli mnie swoimi akcentami, płynnym przechodzeniem z jednego obcego języka na drugi, a nawet jego kaleczeniem (Włoski akcent bohatera granego przez Brada Pitta będzie rozśmieszał mnie do łez jeszcze na pewno długo. Komediowy talent jednego z najbardziej wielbionych aktorów Ameryki był dla mnie dużym zaskoczeniem.)
Od dawna myślałam, iż powody, dla których mali chłopcy uwielbiają bawić się w wojnę mogłyby być wspaniałą metaforą dla pasji, z jaką prawdziwym wojnom oddają się dorośli mężczyźni. Cieszę się, iż Tarantino zrobił czarną komedię na temat, który w Europie zawsze traktuje się jako świętość. Nie moglibyśmy zrobić tego my Polacy, Niemcy, czy nawet Rosjanie. Zaraz posypałyby się gromy z jasnego nieba, jak to się stało również w przypadku odbioru tego filmu przez konserwatywną część publiczności europejskiej. Tylko Amerykanie mogli tego dokonać. Znajomy wysłał mi dzisiaj cytat Jonathana Lethem, jednego z najbardziej znanych pisarzy z Nowego Jorku, który bardzo obrazowo ukazuje zasadność powyższego stwierdzenia.

"Ameryka przypomina powieść popularno-naukową. Bohaterowie i historia w tle nie są mocno skonstruowane, ale pomysł, dynamiczność i kreatywne idee są jej bardzo mocną stroną."

Bohaterowie filmów o II wojnie światowej w kinie europejskim to silne, głębokie, bardzo męskie postaci, złożone charakterologicznie. Jednakże, okazuje się, że ku zgorszeniu części widowni europejskiej, jedynie amerykański reżyser jest w stanie wykazać, lata świetlne po 1945, kiedy nie powinno być to już traktowane jako bluźnierstwo, iż wojna pozostaje dziecinną zabawą, gdzie wszystko polega na tym, aby jak najmocniej pokazać, kto jest silniejszy, lepszy i kto będzie później rządził na podwórku. Wszystkie wątki w powyżej wspomnianym filmie są dynamiczne, kreatywne i oparte na pewnej koncepcji, a każdy mężczyzna jest w pewien sposób chłopcem.

Przykłady można łatwo wymieniać: Pułkownik Hans Landa, erudyta i zapalony lingwista, wielbiciel mleka i strudla z jabłkami, psychologiczny sadysta, a zarazem chłopiec marzyciel; kapitan Bękartów – Aldo Raine, uwiedziony w dzieciństwie przez romantyczne historie o Indianach, a następnie bezlitośnie zbierający skalpy swoich niemieckich przeciwników w imię niewinnych Żydów, których masowo wymordowali; szkocki porucznik Archie, który odkupuje swoje samouwielbienie niesamowicie uwodzicielskim brytyjskim akcentem oraz wybitną znajomością niemieckiego kina, jak również wyidealizowanym wizerunkiem tajnego agenta, i na koniec sam Hitler, który jak mały chłopiec, przez chwilę naiwnie wierzy, iż mityczna postać Golema mści się nad jego żołnierzami we Francji. Wszystkie postaci wymienione powyżej (oczywiście z wyjątkiem Hitlera) są tak czarujące, iż widz w pewnym momencie zapomina, po której stronie się opowiada, a ekran staje się ogromnym placem zabaw ze zmieniającymi się gangami chłopców. Fakt, iż w filmie pojawiają się jedynie dwie ważne postaci kobiece, Niemka i Francuska, dodaje Bękartom jeszcze większej atrakcyjności. Kobiety te stanowią ważny, ale nadal jedynie element chłopięcego świata.

Podsumowując, wieczny chłopiec na ekranie, w powieści, czy sztuce jest nieodłącznym elementem przyciągającym i bawiącym kobiecą publiczność. Zwłaszcza, gdy pojawia się on obok nudnego, odpowiedzialnego i w pełni akceptującego swoją rolę, tzw. prawdziwego mężczyzny. A jak to odnosi się do życia? Tak naprawdę sama już nie wiem. Poddaję tą kwestię otwartej dyskusji, przygotowując się do obejrzenia kolejnej komedii z moim ulubionym filmowym wiecznym chłopcem Carry Grantem. Nie mogę się doczekać mojego romantycznego spotkania z idolem trwającego nie dłużej niż półtorej godziny. Dłuższa sposobność byłaby zapewne męcząca i mogłaby przerodzić się w coś bardzo przewidywalnego. Niektórzy reżyserowie twierdzą, iż oglądanie filmów przypomina projekcję naszych marzeń, których nigdy być może nie zrealizujemy. Jest jakieś przesłanie w tym stwierdzeniu.

No comments: