
Były takie czasy, kiedy poruszałam się tylko po kwadracie dolnego Manhattanu, nie myśląc, a raczej plując przez ramię na ruch i gwar ulicy powyżej 14. Zmieniło się to kiedy zaczęłam pracować w Harlemie, w okolicy ulicy 118, to ci dopiero było wysoko. Ostatnio coraz więcej łączy mnie z Upper Eastside, która zawsze wydawała się mi być najnudniejszą częścią Nowego Jorku, tym samym jest to prawdziwa kolebka bogactwa i fortun nowojorskich. To tu, przy Central Parku swoje domy mają Woody Allen, Madonna, David Bowie. Tu limuzyny podwożą starsze panie do kawiarni. Norki, lisy, Luisy Vittony, małe pieski w sweterkach od Chanel, itp. Wszystko specyficznie konserwatywne, wszystkie budynki z portierami, pięknymi drzwiami, wszystko tak nudno podobne i bogate...
Ciekawe dla mnie jak przekonałam się w końcu do tej dzielnicy, która stanowi, co by tu nie powiedzieć ważny element społecznego krajobrazu mojej metropolii.
Wtorkowego wieczoru mój kolega został zaproszony na wernisaż, który stanowił melanż jakże teraz popularnych nowych technologii oraz sztuki w pojęciu klasycznym, czyli zdjęć i obrazów. Znana skandynawska firma zajmująca się nowoczesną luksusową technologią zorganizowała wernisaż pewnej fundacji sztuki. Na nowoczesnych wyświetlaczach LCD w technologii Media Signage można było oglądać dzieła sztuki, już nie na ścianach, nie w wielkiej galerii, tylko na wyświetlaczach o ogromnej wielkości.
Zabawne jest to, iż ja i mój kolega byliśmy przekonani, iż cała sprawa będzie miała miejsce w jakiejś przepięknej ociekającej złotem galerii, jak to w tej dzielnicy. Ku naszemu zdziwieniu, był to po prostu niedużej wielkości sklep z cudami najnowszej techniki w dziedzinie elektroniki. Sklep nowoczesny, wino w kryształowych kieliszkach. Wzięliśmy do siebie, iż na wernisażu w takiej dzielnicy ludzie muszą zdobywać Mount Everesty elegancji, więc osiągnęliśmy nasze prywatne szczyty w postaci hot-corporate look, który można wyginać w dowolny dla siebie sposób dlatego stanowi on coraz bardziej mój ulubiony styl, aczkolwiek, na pewno nie w sobotni poranek kiedy oglądam psy w parku na bardzo, bardzo oddalonym dolnym Manhattanie.
Wszyscy z upodobaniem spoglądali w ekrany plazm, co wydawało się mega nudne po 10 min, więc klasycznie, czyli "po angielsku" wymknęliśmy się na Madison Avenue, która o tej porze wydawała się bardzo opustoszała i w naszych eleganckich strojach, w moim przypadku próbując nie zabić się na szpilkach, które Bóg zwany projektantem nie stworzył do przemierzania kilometrowych tras. Nagle pomyślałam, że to całe "królestwo dolara" może bardzo ciekawie wyglądać nocą i ruszyliśmy w dół Madison Avenue. Kolorowe i rozświetlone witryny Prada, Chanel, MiuMiu, Bulgari, Donna Karen, sklepy przypominające pałace, kryształowe żyrandole, kaskady schodów, biżuterie...Ulice czyste tak, że można zjeśćby sushi z chodnika, co jak wiemy nie jest częstym zjawiskiem w Nowym Jorku. Było coś niesamowitego w tym spacerze na obcasie, w świetle latarń, w lekkim deszczu, w piciu espresso w lśniącym barze pomiędzy paniami w "biednych miękkich norkach" dziadkami w okulrach Prada.
Bogata Ameryka, Ameryka snów, ale prawie zapadająca w sen, więc nie tak inwazyjna jak za dnia. Drogie sklepy po godzinach, z szyjami manekinów straszącymi "zagrabionymi" do sejfu keljnotami. To też jest Nowy Jork...Nie tylko imprezowy Williamsburg, czy Meatpacking District...Spokojna Ameryka, z pięknie i dostojnie wyglądającymi chartami na skórzanych smyczach...A potem spokojne lądowanie w dawnej dzielnicy punku East Village, w japońskim barze, gdzie azjatyccy kelnerzy jakby żywcem wycięci z lat dwudziestych w nieskazitelnych kamizelkach i pięknych białych koszulach serwuja drinki na bazie szampana lub czegokolwiek chcecie...A my wpatrzeni w okno na trzecim piętrze, i całą spokojną dużo brudniejszą ulicę, po której bezdomny wiezie wózek pełen butelek i puszek...Good Night from City which never sleeps!
No comments:
Post a Comment