Dzisiaj jest szczególny dzień w moim nowojorskim życiu. Dzień zmian i rozpoczynania od nowa. Tak do końca nie czuję, że to aż tak mocne, ale ważne dla mnie było, żeby tego dnia zrobić coś dla siebie. Zakończyłam pracę etatową w miejscu, które dużo dla mnie znaczyło. Z wielu powodów tak się stało, ale wierze i wiem, że ma to poważny sens. Planem numer jeden były warsztaty w bardzo znanej firmie public relations, na które się swoimi sposobami graniczącymi z cudem dostałam. Wstałam, dokonałam mega przemiany w profesjonalistkę z Wall Street, co w pewien sposób dało mi satysfakcję, ponieważ na codzień tego nie robię, ale jest we mnie jakaś wielka, na szczęście spontaniczna potrzeba co pewien czas takiej metamorfozy dokonywać. Szłam sobie w tzw. stroju biznesowym Park Avenue. Patrzyłam na te wszystkie budynki firmowe, wszystkich ludzi w garniturach, połykających nader szybko kawę, jakby stanowić miała ona nektar bogów. Może stanowi, czasami myślę pijąc kawę z Jamajki. Nagle zrozumiałam, że nie chcę dołączyć do tych ludzi w garniturach i mam prawo po sześciu miesiącach ciężkiej pracy, zrobić coś bardzo dla siebie.
Zaczęłam iść Park Avenue wzdłuż Parku Centralnego, dookoła konie, dorożki, turyści, luksusowe hotele oraz padający śnieg.
Ostatnio zastanawiałam się, że moja prywatna duchowość jest bardzo teoretyczna, czytam, myślę, ale nie praktykuję, i nawet wmawiam sobie, że nie mam czasu na wdrażanie jej w życie. Zauważyłam po drodze ogromny kościół przypominający europejskie katedry i bez wahania weszłam. Był to kościół metodystów, ale jakie to ma znaczenie, jeżeli człowiek szuka ciszy, rozmowy ze sobą samym i medytacji. Kościół był przepiękny i absolutnie pusty. Z zakrystii dobiegały tylko donośne głosy dzieci i ich brzęczący śmiech. Wreszcie po wielu tygodniach obiecywania sobie takiego momentu, stał się on faktem. Zawsze jest coś magicznego w ogromnych katedrach i w poczuciu bycia małą istotą zamkniętą w ich wnętrzu. Nie ma to nic wspólnego z uczuciem klaustrofobii, wręcz przeciwnie daję mi uczucie ulgi. Wszystko w głowie znajduje swoje miejsce.
Doszłam teraz do jednego z moich ulubionych miejsc w Nowym Jorku. Paradoksalnie też świątyni, ale raczej luksusu. Wieże Time Warner na Columbus Circle. Nareszcie udało mi się zdobyć długo oczekiwane miejsce na 3 piętrze z przepięknym widokiem na Central Park. Przyznaję się, iż lubię to miejsce również odrobinę dla luksusu. Dla małych francuskich kanapek, do których każdy dostaje mini plastikowe pudełko z mikro-korniszonami, dla niesamowitej księgarni Borders i dla piękna tego budynku. Jest to dla mnie również miejsce sentymentalne, ponieważ 4 miesiące temu, pewnego sobotniego wieczoru spotkałam się tu z człowiekiem, który przewrócił mój świat do góry nogami i nadal przewraca. Umówiliśmy się pod „wieżami”, ulicą przelewał się niekończący tłum ludzi. Na 20 min przed spotkaniem postanowiłam zmienić strój, i weszłam do pierwszego lepszego sklepu, gdzie momentalnie zakochałam się w białej koszuli jakby rodem z czasów paryskiej bohemy. Interesująco nie z tej epoki, a jednak bardzo w nowojorskim stylu, mariaż czarnego smokingu z tą koszulą nadał mi bardzo Dandysowego imagu. Usiadłam na dole na tzw. słupku parkingowym wpatrując się w Central Park, paląc papierosa i trzymając to mini pudełko z korniszonem, które miało być początkiem wielkiej niespodzianki. Całe spotkanie było pod znakiem Paryża. Oboje jakoś lubiliśmy od początku marzyć o Paryżu.
Podszedł z tyłu i tylko lekkie muśnięcie mojego ramienia, obudziło mnie z wizji o Montmart. Stał w czarnej marynarce i białej koszuli, lustrzane odbicie mojego stroju. Stał z tymi swoimi smutnymi oczami i smutną mroczną przystojnością, a ja poczułam, że wszystko się zmienia i już nie ma siły tych zmian podtrzymać. Tuż obok Wież Time Warner jest kino, które wygląda jak kina z lat 30 i nazywa się , zupełnie nie ściemniam, Paris. Tam też poszliśmy. W kinie tym nie ma reklam, słucha się muzyki operowej przed filmem. Sala wygląda jak sala teatralna, a pluszowe siedzenia przypominają o luksusie. Najsmutniejszą cechą tego kina sprzed lat jest fakt, iż bardzo rzadko zmienia się tam repertuar.
Siedzę sobie na trzecim piętrze TW, przypomina mi się tamten wieczór i tak bardzo chcę wierzyć, że wszystko ma sens. Ten tydzień kolejny raz upewnił mnie w tym, że może całkiem niedługo, jeżeli naprawdę spróbuję, będę mogła pisać, pisać i pisać.
Spotkanie z koreańskim milionerem, prawnikiem, głębokim katolikiem i wielbicielem talentów o dużej dyscyplinie i głębokim wnętrzu (Miejmy nadzieję, że przynajmniej z wnętrzem jest u mnie całkiem nieźle.), może być wielką przepustką do przyszłości. Na dworze szalał wiatr, a my na 15 piętrze na Piątej Alei prowadziliśmy rozmowy o dzieciństwie i wierze.
W tym tygodniu również na moim ulubionym dekadenckim Lower Eastside zaprzyjaźniłam się z kotem, którego mam przyjemność pilnować do niedzieli. Mam nadzieje, że oboje działaliśmy na siebie bardzo uspokajająco. Ja, wreszcie mogłam usiąść sam na sam otoczona symbolami Dalai Lamy, bo takie to mieszkanie i spokojnie pomyśleć. Strona internetowa nabrała kształtu, myśli zaczęły się układać.
Ostatnio nie było mi łatwo każda zmiana wywołuje szok organizmu, zwłaszcza zmiana tak poważna. Zmieniam mieszkanie, zaczynam pracować dla siebie i daję szansę związkowi, który głęboko wierzę zasługuje na szansę.
Chcę też pisać o tym, dlaczego kocham Nowy Jork i pokazywać go na zdjęciach. Już najwyższa pora i nie chcę żeby ludzie narzekali, że nie piszę, więc będę pisać zbiorowo, ale szczerze i z głębi serca.
Trzymajcie kciuki.
ANIA
No comments:
Post a Comment